Zapach gotującej się piersi z kury jest specyficzny. Słodkawy, lekko mdlący. Mięso wybarwia się na jasnobeżowy kolor. Kruszeje. I z tej perspektywy, znad garnka, wcale nie jest sprawą prostą i oczywistą zobaczyć w nim grzebiącego w ziemi ptaka. Cały proces produkcyjny jest skrzętnie ukryty w sterylnej paczuszce – zafoliowanej tacce z wycinkiem zwierzęcego ciała. Nawet resztki krwi zostały wchłonięte w specjalną wkładkę. Chce się wierzyć, że to właśnie nieświadomość, a nie tumiwisizm, pozwalają mówić sobie przed takim posiłkiem radosne „smacznego”. Można wspomnieć wielki skandal i wrzącą, często wulgarną, krytykę, z jaką spotkał się spektakl „Wypadki: zabić, by zjeść”. Choć autor, Rodrigo Garcia, w zasadzie po prostu przeniósł na scenę restauracyjne kulisy przyrządzania homara, pozwoliwszy widzom słuchać bicia serca stworzenia, dzięki przymocowanemu mikrofonowi. Agresywne komentarze ludzi o znęcaniu się nad homarem zakończyły się w prokuraturze – umorzeniem postępowania. Nie złamano ustawy o ochronie zwierząt. Oczywiście artysta został zwyzywany pewnie w niejednym domu, w rozmowie nad niedzielnym kotletem.
Trzeba przyznać, że nie jest niczym dziwnym na obszarze naszych współrzędnych geograficznych mieć horyzonty żywieniowe zawężone do schabowego z ziemniakami i surówką. Tak przecież wielu z nas zostało odkarmionych. I to niezależnie od rocznika – zdrowo i syto.
Zapewne wiele historii przemian zaczyna się podobnie. Kilka filmów, artykułów, przemyślenia, rozmowy. Uzupełnia się braki w edukacji, dowiadując się choćby o zacieleniu jako warunku koniecznym dla uzyskania krowiego mleka, rodzącym problem niechcianych młodych. Wreszcie decyzja – nie chcę dalej brać w tym udziału.
Wegetarianinem przeważnie zostaje się „od poniedziałku”. Zaczynają parzyć skórzane buty i kurtka. Ale teraz trzeba donosić. Nie wyrzucać. Przez poszanowanie. Rozpoznaje się znaki certyfikatów ekologicznych na kosmetykach. Jadłospis tworzy się metodą przez podstawienie: parówki sojowe, pasztet sojowy, wędlina sojowa, pasta sojowa, burgery sojowe. Tofu na sto sposobów. Potem ciecierzyca, soczewica i inne podobne, częstsze sałatki owocowe, warzywne, dekorowane nasionami, orzechami, kiełkami. Odkrycie, że z samych warzyw też da się zrobić kompletny obiad, a nawet się nim najeść, jest pewnym kamieniem milowym. Nadchodzi uczucie ściągnięcia cugli zapędów konsumpcyjnych, które prowokuje do dalszych rozważań nad własną postawą. Niektórych skłania to do pójścia dalej. Krótkie nawet zanurzenia w arkana masowej produkcji mleka i jaj wystarczą, by postawić jeszcze jeden krok.
Jest szansa, że ostatnio na opisaną ścieżkę wstąpiło, czy przynajmniej zaczęło to rozważać, kilka osób. Inspiracją mógł służyć wrocławski weekend wegański.
Program imprezy obejmował sporą ilość wykładów, m. in. z podstaw weganizmu, o kwestiach diety i zdrowia, w tym z punktu widzenia dietetyka, o permakulturze, czy koncepcjach filozoficznych, związanych z tematem wegetarianizmu. Można było nawet posłuchać o ochronie krów w tradycji hinduskiej, w atmosferze wypełnionej dymem palonego kawałka suchego krowiego łajna, co dla „ludzi miasta” było ciekawym doświadczeniem. Pozytywnie ciekawym. Całości dopełniała plejada wydarzeń z zakresu sztuk wszelkich: muzycznych, kulinarnych, filmowych, rysunku. Właśnie w tej wielostronności podejścia tkwiła siła tego festiwalu. Pozwalał spojrzeć na weganizm głębiej niż tylko jako ekscentryczną dietę. Weganie mogli czerpać radość choćby z możliwości wyzbycia się poczucia osamotnienia w swoich poglądach i działaniach. Dla nie-wegan była to szansa na empiryczną analizę odpowiedzi na często fundamentalne z ich punktu widzenia pytanie: „To co ty właściwie jesz?”.
Tu tkwi jeden z problemów w kojarzeniu weganizmu przez postronnych – jako restrykcyjnego systemu, ograniczającego konsumpcję. Weganie są postrzegani niemalże jako asceci, odmawiający sobie produktów z „list rzeczy niewegańskich”. Taki obraz wyostrza się szczególnie w przypadku wegan, nazwanych przez Matthew Balla, współzałożyciela organizacji Vegan Outreach, symbolicznymi. W odróżnieniu od wegan praktycznych, którzy unikają produktów związanych bezpośrednio, w mniejszym lub większym stopniu, z cierpieniem zwierząt, weganie symboliczni wykluczają dodatkowo produkty uboczne, takie jak żelatyna, znajdująca się np. w błonach fotograficznych. Oczywiście ograniczenia budzą skojarzenia z unieszczęśliwianiem, co nie jest zgodne ze stanem faktycznym. Można się było o tym zresztą naocznie przekonać na wspomnianym festiwalu, patrząc na zdrowo wyglądających, radosnych i otwartych ludzi, noszących jednak w sobie i dających wyraz wielkiemu zatroskaniu kwestią stosunku ludzi do zwierząt.
Weganizm nie polega na wypełnianiu szeregu zaleceń i przestrzeganiu zakazów, a na kierowaniu się świadomym wyborem moralnym – rezygnacją z konsumowania „przyjemności” okupionej cierpieniem i śmiercią zwierząt. Niektórzy nazywają to ograniczaniem, inni – wolnością.
Wobec braku Jednej Jedynie Słusznej Formuły, różnice wśród osób, którym nie jest obojętny los zwierząt, są nieuniknione i widać je choćby w przypadku podziału grup, które zajmujących się ich ochroną. Prof. Gary Francione wskazuje na trzy ich rodzaje: animal welfare, new welfarism i animal rights. Organizacje należące do pierwszej grupy pracują na rzecz dobrostanu zwierząt, zmniejszenia ich cierpienia poprzez polepszanie warunków bytowych, co można opisać jako popieranie produkcji szczęśliwego mięsa. Organizacje typu new welfarism uznają za cel zniesienie wykorzystywania zwierząt w ogóle, jednak ponieważ wizja jego realizacji jest wielostopniowa, prowadzą działania także na rzecz bieżącej poprawy dobrostanu, jednocześnie promując weganizm. Radykalne stanowisko reprezentują grupy animal rights, które walczą o całkowite i natychmiastowe zaprzestanie wykorzystywania zwierząt, również poprzez promowanie weganizmu. Jednak bez zgody na ustępstwa w postaci doraźnego polepszania dobrostanu. Motywują to głównie twierdzeniem o szkodliwości takiego postępowania, ze względu na uspakajanie ludzkich sumień przyzwalaniem na jedzenie szczęśliwego mięsa. Chodzi im o wykrzewianie tego powszechnie panującego „własnościowego” stosunku do zwierząt. Główny teoretyk tego ruchu, będący twórcą przedstawianego podziału, opowiada się w jednej z debat także przeciw sprowadzaniu na ten świat i hodowaniu zwierząt domowych, do towarzystwa. Jednak patrząc na aktualną sytuację, raczej nie ma szans na szybką zmianę w kierunku przez niego proponowanym.
Najpierw ludzie musieliby otworzyć się na tyle, by zrozumiałym stało się, że weganom nie chodzi o promowanie snobistycznego stylu życia, toczenie gorących, choć płonnych dyskusji o dylematach etycznych typu „pożar domu” czy przerzucanie się grubymi nićmi szytymi argumentami za i przeciw, jak obarczanie mięsożerców winą za głód na świecie czy, z drugiej strony, twierdzeniem, że ludzie jedzą mięso od zawsze. Chodzi tylko o konstatację, że żywe, czujące istoty, są narażane na cierpienie dla ludzkiego wygodnictwa, zachcianek, zaspokojenia podniebienia czy mitów w stylu niezastąpionej cudownej odżywczości białka pochodzenia zwierzęcego1.
Potem musiałby zostać obalony hipokryzyjny podział zwierząt na te „do kochania” i „do jedzenia”, wpajany nam od dziecka, którego efekt był widoczny chociażby w niedawnym społecznym oburzeniu produkcją smalcu z psów. Oczywiście wszystko tu tłumaczy intonacja w zdaniu, kładąca całe wzburzenie i zniesmaczenie na wyrażeniu „z psów”.
Wreszcie ludzie musieliby chcieć nauczyć się być krytycznymi, zwalczać swój egoizm. Nauczyć się zasmakować w umiejętności panowania nad własnymi zachciankami, które często nazywamy i traktujemy z powagą jako potrzeby. Uświadomić sobie, że jedzenie, ubranie, kosmetyki i inne cuda – to wszystko powinno stanowić tylko środki, a nie cele życia; niewarte poświęcania zwierzęcego życia.
Czy aż tak ciężko przypomnieć sobie, że pod naszą skórą – okrytą materiałem, opaloną, ogoloną i wyperfumowaną – jest takie samo mięso, które serwujemy na talerzach? Pomimo tego wszystkiego, co osiągnęliśmy, pomimo naszych wciąż rosnących umiejętności przekształcania świata i jego zasobów czy naszych organizmów, życie jest tylko przejażdżką, a my tylko ładnie zapakowanym mięsem.
Hanna Dubielczyk
1) American Dietetic Association w lipcu 2009 potwierdziła swoje stanowisko, że dobrze zaplanowane dieta wegańska, jak i diety wegetariańskie, zaspokajają zapotrzebowanie na składniki odżywcze i są odpowiednie dla każdego etapu życia, włącznie z okresem ciąży i laktacji, niemowlęctwa, dzieciństwa i dorastania. Pełny tekst dostępny pod adresem http://www.eatright.org/cps/rde/xchg/ada/hs.xsl/advocacy_933_ENU_HTML.htm |