Artykuly > Recenzje imprez > VINCENT + S.I.N. (28.01)

Wrocławiakom zespołu Vincent raczej przedstawiać nikomu nie trzeba. Tym, którzy jednak tego składu nie znają, zafunduję szybką lekcję historii Wrocławskiego rocka. Zespół powstał w roku 1987 pod nazwą Vincent Van Gogh. W latach 90-tych mieli już za sobą koncerty na Metalmanii, Jarocinie, Ukrainie, Białorusi i Rosji. Nagle w roku 1997 zespół znika by zreaktywować się w 2013r. jako zespół VINCENT. Nie ukrywam, że powrót na scenę odbył się z wielkim hukiem. Nowa płyta, teledysk ją promujący i koncert zagrany w klubie Od Zmierzchu Do świtu, na którym było około 500 osób. Nie było mi dane widzieć VINCENT na scenie nigdy wcześniej, dla tego z ogromną ciekawością wybrałem się na koncert do Starego Klasztoru.

Punktualnie o godzinie 19:30 wraz z fotografem stawiliśmy się w Sali Gotyckiej. Miła niespodzianka na samym wstępie w postaci najnowszej płyty Vincenta „Infinity“ na pewno wywołały nie jeden uśmiech. Dobry chwyt marketingowy i na pewno kosztowny, lecz przecież to koncert z okazji premiery tej płyty. W sali gotyckiej zebrał się całkiem niezły tłum, na moje oko może 300 osób, ale musicie brać pod uwagę, że w szacowaniu „na oko“ zawsze byłem słaby. Za sprawą wystroju sali i zebranych gości można było momentami się poczuć jak na jakimś bankiecie, a nie na koncercie.

VINCENTA supportował Oławski zespół S.I.N., w którym jakiś czas temu doszło do zmiany wokalisty. Zespół S.I.N. dosyć często pojawia się we Wrocławskich klubach i jakoś specjalnie nigdy mnie nie powalał na kolana. Nie mniej jednak byłem bardzo ciekawy zmiany wokalisty. Okazało się, że nowym gardłowym został Rafał Gębicki — człowiek z dosyć bogatym dorobkiem muzycznym. Sam koncert Oławiaków nie specjalnie mnie zachwycił. Ot zwykłe i momentami przekombinowane granie Hard&Heavy. W śpiewie słychać, że melodie były wymyślane przez kobietę. Jedyne mocne punkty tego koncertu to utwory, w których aranże wokalne robił od zera Rafał. Nie można się przyczepić do wykonania live. Koncert zagrany poprawnie, aczkolwiek jakoś statycznie. Brakło może więcej ruchu oraz lepszego kontaktu z publiką. Zbyt grzecznie jak na Rock&Roll.

Foto: VINCENT + S.I.N.

Po kilkunastominutowej przerwie usłyszeliśmy intro zespołu VINCENT i tutaj dochodzi do pierwszych potknięć. Nagłośnieniowiec raz je zgłasza, a raz ścisza, w pewnym momencie inro w ogóle znika, aby za chwilę się znowu pojawić. To zdecydowanie nie jest wina zespołu. Tutaj ciała dał ewidentnie nagłośnieniowiec. No więc wbiegają chłopaki na scenę i zaczynają grać. Bas znika i się pojawia, kolejne problemy techniczne. Gitarzysta Boogy dwoi się i troi, lecz jego partie rytmiczne i solówki często znikają gdzieś za ścianą sampli lub w ogóle są za cicho. Energii na scenie nie zabrakło, wszystko byłoby fajnie, gdyby nie nagłośnienie. Niestety po kolejnym utworze wyłożonym na łopatki przez nagłośnieniowca postanowiłem podarować sobie dalszy odbiór koncertu.

Wolałbym uniknąć podsumowywania całego koncertu. Jak to mawiał klasyk „nie chcem, ale muszem“. Sala Gotycka, w której byłem po raz pierwszy, ma ogromny potencjał koncertowy i bardzo mi się spodobała. Na pewno wrócę tam na niejeden koncert. Nagłośnieniowiec powinien jednak zrobić coś dla muzyki i zająć się rzeźbą. Zespół S.I.N. gdyby wykazał trochę więcej zaangażowania na scenie, byłby na prawdę czymś, co cały wieczór by uratowało. Co do zespołu Vincent, no cóż. Fenomenu zespołu Vincent nigdy nie rozumiałem, bo jak odbierać zespół, który w latach świetności grał wielkie koncerty poza granicami Polski, a po wielkiej reaktywacji zagrał tylko kilka koncertów we Wrocławiu i nadal okrzykuje się „legendarnym“? Przyznaję, że pod kątem frekwencji, zainteresowania, wykonania itp. wszystko się zgadzało. Jestem tylko ciekawy, jak by ten koncert wyglądał, gdyby odbył się w innym mieście niż Wrocław. Czy zainteresowanie nadal byłoby tak duże i przyszłoby 300 osób? Na pewno wybiorę się na kolejny koncert z czystej ciekawości, jak zabrzmią z normalnym nagłośnieniem. Niestety ten koncert mnie nie zachwycił.

Jerry