| Artykuly > Miasto > Uliczny artysta – Ten, kto daje ludziom szczęście. |
 |
Dzień pierwszy (30/08/07)
Dochodzi godz. 15. Rynek.
Jeszcze dość leniwie. Trochę osób bawi się koło Pręgierza oglądając występ Bernarda Snydera, człowieka – orkiestry, którego pamiętam z poprzednich festiwali. Bernard w rękach ma gitarę, a na piersiach stojaczek z harmonijką. Wiem, że taki stojaczek ma swoją nazwę, ale nie wiem, jaka to nazwa. Nie wiem też, czy jakąkolwiek nazwę posiada konstrukcja, którą Snyder ma na plecach. Bo na plecach nosi on perkusję, na której gra przy pomocy systemu pałek i linek zaczepianych do nogawek, rękawów i gitary. Bernard robi nogą „tup tup", a bęben odpowiada na to „bum! bum!". Akurat gra Marleya. Że wszystko będzie dobrze. Dodatkowym instrumentem jest… metalowe wiadro na pieniądze. Monetki pięknie i często brzęczą o jego dno.
Żongler i akrobata Akira z Japonii dopiero przygotowuje się do występu. Zobaczę go trzy dni później w Rurze, gdy w magiczny sposób, z czarującym uśmiechem, będzie bawił się szklanymi kulami… ale nie wybiegajmy w przyszłość.
Przyciągają mnie dźwięki trąbki i saksofonu. To bezimienni artyści, którzy nic z festiwalem wspólnego nie mają. Grają, bo tak to już we wrocławskim Rynku bywa. I dobrze.
Kawałek dalej kolejny dobry znajomy. Ostap Kindracz, którego czasami widuję we Wrocławiu, czasem w Krakowie. Zaporoski szlachciura z opartą o kolano bandurą czesze swoje wąsy. Zmykam do domu.
Wieczór. Rura.
W Rurze trwa niesamowite jam session. Gra Duo Resonante i goście, którzy spontanicznie wchodzą na scenę i dołączają się do tworzenia muzyki zupełnie z kosmosu, pompującej w publiczność olbrzymie ilości energii, która rośnie, rośnie…
I wybucha, gdy na scenę wchodzi hiszpańsko – niemiecko – polskie trio Venga. Repertuar hiszpańskojęzyczny, gorący, radosny. Stoliki zostają odsunięte w głąb sali, a przestrzeń pod sceną przejmują tancerze. Zabawa trwa długo. W Rurze są przede wszystkim artyści festiwalowi. Zastanawiam się, skąd oni wezmą jutro siłę, by występować.
Dzień drugi. (31/08/07)
Wieczór. Piątek. Trochę krążę po Rynku zatrzymując się to tu, to tam. Jakieś cztery minuty przyglądam się występowi akrobatów z Cirque LyRisque z Kanady. Niech ktoś wyjdzie na Rynek i spróbuje swoim występem utrzymać zainteresowanie kilkudziesięciu osób przez dłużej, niż pięć minut, to przekona się, że artysta uliczny nie ma łatwego fachu. Zatrzymuję się przy naszych lokalnych dredowłosych bębniarzach/ fireshowmanach. Potem jednak idę dalej, bo widzę prawdziwy tłum i górującego nad nim na jednokołowym rowerze irlandzkiego komika. Shiva Grings jest ulubieńcem publiczności. Notuję jeden z jego żartów. Było to podczas jakiejś sztuczki z płonącymi pochodniami:
głośno: „Children, it is very dangerous. Don't do it at home!"
pod nosem: "Do it at McDonald's."
Dzień trzeci. (1/09/07)
Rynek. Właściwie, to po Rynku można by chodzić w kółko przez cały dzień. Od artysty do artysty, oglądając przy okazji fotografie z solidarnościowej przeszłości miasta (to koło poczty), czy piękne impresje z rożnymi wrocławskimi budynkami odbijającymi się w tafli wody (wystawa pod biblioteką). Obejście Rynku zajmuje godzinę, w międzyczasie zmieniają się artyści i można rozpoczynać kolejne okrążenie.
Wieczór.
Gdy przychodzimy do Rury, jest około północy. Spora publiczność buja się do rytmów serwowanych przez spontaniczny skład bębniarski. Po nim na scenie pojawia się zespół Puts Marie. Jestem ciekaw, jak zabrzmi ten koncert. Widziałem ich już kilka razy w Rynku. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony! W klubie, z prądem, szwajcarski kwartet świetnie się prezentuje. Ich koncert to muzyczna podróż z poczuciem humoru. Potrafią wszystko zagrać i są świetni technicznie. Piosenki ludowe w kilku językach (w Szwajcarii wszak są aż 4 języki urzędowe). Mocne rockowe łojenie, przy którym tańcząca publiczność zamienia się w publikę pogującą. Reggae. Punk. Walc. I tak dalej. Z olbrzymią mocą. Oryginalnie. Świetny koncert. Bardzo ciekawy zespół. Grali do drugiej.
To miał być koniec wieczoru, ale na scenę wyszedł człowiek, który przedstawił się jako bodajże Radek (nie-Radku, wybacz, jeśli Radkiem nie jesteś…) i powiedział, ze zagra na pianinie. Zagrał i zaśpiewał. Najpierw jednego rock&rolla, potem kolejnego. To, co miało być krótkim wygłupem, trwa, a rozbawiona publika to kupuje! Okazuje się, że Radek (względnie nie-Radek) nie usiadł przy pianinie bo krzesło było wygodne, ale naprawdę potrafi grać. Na parkiecie pojawiają się kolejne tańczące pary, a osoby będące do tej pory widzami, teraz odkrywają w sobie artystę. Pojawia się wokalistka, śpiewy gardłowe, ktoś decyduje się zostać perkusistą. Na górze słychać chyba dźwięki z dolnej sali, bo wracają niektórzy z tych, którzy myśleli, że po Puts Marie można już oddalić się do domu. Na scenę zostaje wywołany kolejny z gości (i znowu nie jestem pewien imienia!), który wykonuje a capella utwór Niemena. Widzę, jak kilka osób zbiega w szaleńczym tempie z góry, by sprawdzić, kto to tak śpiewa! Poziom koncertu rośnie jeszcze bardziej, gdy do osób na scenie dołącza… wokalista Puts Marie! Na scenie zdecydowanie brakowało sprawnego perkusisty. Max Usata świetnie wywiązał się z zadania, mimo iż nie znał żadnego z granych utworów! Bo Radek – nie-Radek grał prawie wyłącznie polski repertuar weselny… Była i „Córka rybaka", i „Gdy nie ma dzieci", i „Caaaaała sala", i „Baranek", i „Wakacje z blondynką", i „Przyjacielu…" i wiele innych… Wieczór zakończył się przed czwartą. To była szalona noc. Świadczy o tym choćby ilość pobitego szkła na podłodze.
Dzień czwarty. (2/09/07)
Godz. 16. Rynek.
Myślę, że ten festiwal jest wielkim przeżyciem dla dzieci. Dziecko to najtrudniejszy widz, zupełnie szczery, nie zmanierowany. Jak mu się podoba, to klaszcze, turla się ze śmiechu, błyszczą mu oczy. Jak go coś nie interesuje, to nie udaje, że patrzy. Zaczyna się wiercić, dłubać w nosie, bawić się po swojemu.
Dobrze, że jest Buskerbus. To kolejna taka chwila w życiu, kiedy dostaje nam się szansa, by jeszcze przez chwilę stać się dzieckiem. Przybić piątkę wielkiemu klownowi na szczudłach. Bić brawo Panu Mistrzowi Diabolo, któremu co prawda psuje się sprzęt nagłaśniający i który nie ma festiwalowej tabliczki, ale za to potrafi podrzucić diabolo na 25 metrów do góry, by złapać je następnie przy pomocy bicza. Może ten moment radości, gdy szczerze klaszczemy, pokładamy się ze śmiechu, gdy błyszczą nam oczy, to naprawdę chwila, gdy stajemy się dziećmi? Tutaj ujawnia się misja ulicznego artysty – człowieka, którego pracą jest dawanie ludziom szczęścia.
Obok pręgierza widzę ponad setkę, może dwie setki, szczęśliwych ludzi. Któż to zgromadził tak wielką publiczność? Oczywiście Shiva Grings. Wysoki, chudy, czarne spodnie, biała koszula, szelki i kufer dziwnych rekwizytów, wśród których są m.in.: wielka plastikowa kość, kolorowa czapeczka z daszkiem, lalka Barbie. W kategorii „rozbawianie dzieci w wieku od lat trzech do sto trzech" jest mistrzem.
Niech no tylko przypadkowy przechodzień pojawi się na horyzoncie, niech ktoś odważy się przejść przez kawałek Rynku stanowiący dla Shivy scenę – przepadł! Komik kradnie torebki, domaga się, by poczęstować go lodem, dogania rowerzystę, zatrzymuje go i próbuje wsiąść na jego rower, zaczepia psa, przedrzeźnia gołębia… Nikomu nie przepuści. Jego kreatywność nie zna granic - ma dziesiątki pomysłów na minutę. Publiczność płacze ze śmiechu. Siadam i oglądam cały występ. I też się śmieję. I klaszczę. I oczy mi się świecą.
Po Rynku krążą dwa stałe podmioty wykonawcze, znane każdemu mieszkańcowi miasta – pozwolę sobie nazwać je lokalnymi kapelami łotrzykowskimi. Krążą od knajpy do knajpy i wymuszają haracz od gości ogródków piwnych za to, że pójdą już grać pod następnym lokalem. W myśl zasady, by akceptować to, czego nie jest się w stanie zmienić, przywykłem do nich. Nie przeszkadzają mi tym bardziej, że nie chodzę do knajp w Rynku.
Ok. godz. 20.30. Rynek. Gra Venga. Wokalistka uśmiecha się do małej dziewczynki, która beztrosko tańczy przed zespołem. Obok w bardzo specyficzny sposób chyba też tańczy – a może tylko drepta - starszy jegomość. Kto widział, ten wie o co chodzi.
Godz. 23. Rura.
Występ R.P. Magic Band, czyli dyrektora festiwalu Romualda Popłonyka. Ja czekam już na Duo Resonante. W czwartek widziałem tylko drugą połowę ich koncertu, dwa razy trafiłem na nich w Rynku, ale za każdym razem byli już po występie. Odczuwam więc niedosyt.
O unikalności Duo Resonante decyduje nietypowe instrumentarium. To, na czym gra Holender Ko Ge Regt nawet nazywa się egzotycznie - obukano. Obukano to coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się być prehistoryczną gitarą skonstruowaną na potrzeby kolejnej części filmu „Flinstonowie". Jest to kenijska lira basowa z pudłem rezonansowym opiętym skórą. Zamiast strun – sznurki. Nie ma nazwy gatunkowej dla tego, co gra Duo Resonante. Sami muzycy używają nazwy „muzyka świata", co znaczy wiele i cokolwiek. Muza to niezwykle psychodeliczna, ilustracyjna, mroczna. Transową pozorną monotonię brzmienia obukano obudowuje dźwiękami instrumentów dętych (flet, elektro-akustyczny saksofon sopranowy) Duńczyk Henrik Jespersen. Panowie wykonali kawałek dobrej roboty ilustrując czarujący występ Akiry – japońskiego żonglera, oraz świetnie odnaleźli się w roli akompaniatorów stepującej artystki z australijskiej grupy The 2 Strings.
Wychodzę z Rury około pierwszej, gdy gra Venga i wieczór trwa w najlepsze. Trochę mi szkoda, bo nie wiem, co jeszcze ciekawego tej nocy się tam wydarzy. Że coś się wydarzy – tego jestem pewien.
Festiwal się skończył. Ale wróci. Wróci za rok. I wróci za każdym razem, gdy zatrzymamy się na ulicy, by popatrzeć na kogoś, kto robi coś nietypowego i ten ktoś sprawi, że się zaśmiejemy, będziemy bić mu brawo i zaświecą się nam oczy.
Arturro
azejmo@gmail.com
http://www.nieznamtytulu.bloog.pl
http://mordnarospudzie.blox.pl |
 |
| |
|
|
|
|