Są takie koncerty, na które idzie się "musowo" i takie, do których ciągnie impuls ciekawości. Tego dnia w Alibi postawiłam na coś innego. Nabrałam ochoty, by wypróbować na sobie (mówiąc dużym skrótem) bezpretensonalnego punk-rocka dla małolatów. The Subways. Nadzieja brytyjskiego gitarowego brzmienia indie. W głowie głosik: "Nie dam się porwać, nie ma szans. Nie czuję tego – stara już jestem?". Przekonamy się już za chwilę...
Klub szybko się zapełnia. Średnia wieku: niska. Ok, powoli czuję się jakbym zabłądziła i trafiła na obcą planetę. Ale może mam gorszy dzień? Bzdurne wewnętrzne rozterki czas rzucić w kąt, bo oto na scenę wchodzi trójka Brytyjczyków. Dochodzą mnie słuchy, że oni bardzo lubią grać dla Polaków. Co na to wrocławska publiczność? Piski, krzyki, euforia – to tak w wielkim skrócie. Żywiołowa reakcja ludzi pod sceną nie byłaby możliwa, gdyby nie płynąca ze sceny potężna dawka pozytywnego poweru. Billy Lunn, wokalista i gitarzysta Subwaysów to wulkan energii! Przez cały czas trwania koncertu utrzymywał bliski kontakt z publicznością: zagadywał, przybijał piątki, skakał w tłum – nawet zaśpiewał fragment jednego z kawałków, "Rock N’ Roll Queen", po polsku! Trochę nieporadnie, ale za to jaka radość pod sceną! Cały zespół kipiał dziką energią, gitary fruwały, żarty sypały się jak z rękawa. To jest to! Pozytywna, uśmiechnięta młodzież, w tym ja, dała się porwac fali ostrego gitarowego grania, która spłynęła do nas prosto z Wysp. Zrobiło się naprawdę gorąco, twarze dookoła mnie spłonęły rumieńcami.
Subwaysi z trzema wydawnictwami na koncie, przybyli do nas ze swoim najnowszym krążkiem, "Money and Celebrity". Kto jak kto, ale oni po tym występie zasłużyli na miano gwiazd w sercach wielu Wrocławian. Nie obyło się oczywiście bez flagowego kawałka "We Don't Need Money to Have a Good Time". Publiczność z dziką radością odśpiewała razem z zespołem również hity z dwóch poprzednich płyt, wybrzmiały więc m.in. "Popdeath", "Turnaround" czy "California". Zanim trafili do Alibi, powstała w 2003 roku ekipa z miasteczka Welwyn Garden City w hrabstwie Hertfordshire, przebojem zdobyła festiwal w Jarocinie. I w tym roku mieli rozgrzać jarocińską publiczność, jednak Billy dostał zapalenia gardła, co zupełnie odebrało mu mowę i zatrzymało na dłużej z dala od Polski. Wrócili jednak do nas, a my jesteśmy im za to wdzięczni, bo swoim występem zdobyli serca nawet tych najbardziej odpornych na dobrą zabawę. Świeżą, młodzieńczą energią porwali nawet tych stojących z boku, zdystansowanych od bezpretensjonalną gitarowej lawiny dźwięku nielicznie przybyłych muzycznych "starszaków".
Anna Luchowska |