Pod skrzydłami Białego Bociana przy Włodkowica rozbrzmiały w niedzielę szamańskie głosy z Syberii. To kolejny koncert w ramach Ethno Jazz Festiwalu. Tym razem Wrocław odwiedzili twórcy z Tuwy – republiki autonomicznej leżącej na południowo-wschodnim krańcu Rosji.
„Tego nigdy, nigdzie nie było” zapowiadano niedzielne wydarzenie w Wytwórni Filmów Fabularnych gdzie Gendos, kilka dni przed własnym koncertem, gościnnie pojawił się ma scenie podczas występu grupy Shannon. I rzeczywiście. Największe gwiazdy tuwiańskiej sceny, dobrze znane na zachodnich salonach, nie występowały jeszcze razem i do tego w murach żydowskiej świątyni.
Gendos, Sainkho Namtchylak i grupa Huun Huur Tu pielęgnują rodzime, tuwiańskie tradycje śpiewów gardłowych. W każdym przypadku przybiera to zupełnie różne formy: od rekonstrukcji szamańskiego obrzędu po połączenie etno, z jazzem , a nawet elektroniką.
Śpiew gardłowy, czyli Khomei, od mongolskiego „gardło”, to technika śpiewu, która pozwala wokaliście wydobyć z gardła jednoczesne kilka różnych dźwięków. A właściwie wydobyć jeden, ale usłyszeć kilka: od niskich, przywodzących na myśl dźwięk didgeridoo, po wysokie świsty, rodem niemalże z buddyjskiego fletu shakuhachi.
Najniższym z tych głosów, nazywanym kargyaa, potrafi śpiewać Gennady Tchamzyryn – Gendos, który, jak czyni to zazwyczaj, niedzielny koncert rozpoczął od rytualnego oczyszczenia sceny. Laika zadziwić może już sama technika wokalna, uprawiana przez przybyłe gwiazdy, a jednoczesny śpiew i gra na drumli wbiła w ziemię absolutnie wszystkich zebranych. Sam Gendos początkowo wydawał się sięgać po kolejne instrumenty: bęben blaszany, bęben szamański, dungurę, buddyjskie dzwonki, dosyć machinalnie. Chociaż z czasem, udało mu się chyba zapomnieć o tkwiącym przed nosem mikrofonie, szaman w środku wielkiego miasta, w synagodze, machając podpalonymi piórkami, pośród stosu kabli, budzić może zażenowanie etnografa, a pozostałych raczej zadziwiać niż fascynować. Program inny, od znanego z wydanych w Polsce płyt, tym razem bardzo korzenny, stanowił ostry kontrast wobec propozycji Sainkho Namtchylak.
Artystka pisze, komponuje i oczywiście śpiewa. Jest jedną z prekursorek khomei pośród kobiet. Sainkho kreuje awangardowy miks: rodzime tradycje traktuje jako źródło inspiracji, jest otwarta na nowe muzyczne trendy. Na scenie towarzyszył jej Sasza Puszkin, odpowiedzialny za syntetyczne poświsty wiatru i śpiew. Po długich staraniach – tańcach i uśmiechach, uśpioną po występie Gendosa, publiczność, udało jej się lekko rozkołysać, niestety dopiero przed samym końcem występu.
Najlepiej zaprezentował się bez wątpienia ostatni gość – czteroosobowa grupa Huun Huur Tu. Panom i ich instrumentom dały się we znaki warunki klimatyczne panujące w świątyni, jednak, jeśli w jakikolwiek sposób wpłynęło to na jakość ich występu, to jedynie dodając mu uroku. Zespół ujął nie tylko wyjątkowym ciepłem i spokojem, żartobliwym i komunikatywnym liderem, ale także komentarzami do każdego utworu, które w przypadku tak innej kultury i niezrozumiałego języka, wydały się być koniecznością. Niestety oczywiste okazało się to tylko dla HHT.
Pod Białym Bocianem gościć miała także łącząca tradycje szamańskie z rokowym brzmieniem tuwiańska grupa Yat – Kha, która ze szkodą dla festiwalu zawiesiła na razie swoją działalność.
Przesunięte w ostatniej chwili rozpoczęcie koncertu, zrewanżować miała degustacja mongolskiej herbaty z ryżem, mięsem i tłuszczem. Nie starczyło jej jednak dla wszystkich (odważniejszych), marznących w synagodze słuchaczy.
Niedzielne wydarzenie w synagodze niestety nie stworzyło płynnego spektaklu. Artyści, mimo łączącej ich, jakby się zdawało, przyjaźni, nie wyszli na scenę razem. Zagrali po prostu trzy odrębne koncerty, które równie dobrze mogliby zagrać w różnych miejscach i o różnym czasie. Mimo to, nie tylko ze względu na brak ogrzewania, dało się poczuć na łydkach iście syberyjski chłodek, a za sprawą tradycyjnych instrumentów i śpiewów choć na chwilę pozwolić świadomości odpłynąć.
Zosia Spandowska |