Start Patronat Kapele Galeria Linki Kontakt    
szukaj:

Koncerty w Alive
Menu główne
Strona Główna
Redakcja
Współpraca
Działaj z nami
Patronat
Bannery
Linki
WSA
Galeria
Artykuły
Kluby muzyczne
Konkursy
Oddolne inicjatywy
Wspieramy płyty
Imprezy
Kapele
Inicjatywy
Food Not Boombs
Masa Krytyczna
Czad Giełda
Sitodruk
Recykling Idei
Altergodzina
Radio Sitka
Wrofilm
Viva Palestyna
Komitet Wolny Kaukaz
CRK
Amnesty International
16 Dni
KPiORP
ATTAC
Newsy
Koncerty
Imprezy klubowe
Sztuka
Akcje/Demonstracje
Miasto
Wydawnictwa muzyczne
Inne
Powiadom znajomych
Nasz newsletter
Dodaj do ulubionych
Kontakt
Ankieta
Wrocławski squatting - idea i twórczość
popieram i chodzę
popieram, ale nie chodzę
nie popieram
jest mi to obojętne

[wyniki | ankiety]
Subskrypcja

 
Zapisz Wypisz
Artykuly > Recenzje imprez > Szamańskie głosy z Syberii
Pod skrzydłami Białego Bociana przy Włodkowica rozbrzmiały w niedzielę szamańskie głosy z Syberii. To kolejny koncert w ramach Ethno Jazz Festiwalu. Tym razem Wrocław odwiedzili twórcy z Tuwy – republiki autonomicznej leżącej na południowo-wschodnim krańcu Rosji.

„Tego nigdy, nigdzie nie było” zapowiadano niedzielne wydarzenie w Wytwórni Filmów Fabularnych gdzie Gendos, kilka dni przed własnym koncertem, gościnnie pojawił się ma scenie podczas występu grupy Shannon. I rzeczywiście. Największe gwiazdy tuwiańskiej sceny, dobrze znane na zachodnich salonach, nie występowały jeszcze razem i do tego w murach żydowskiej świątyni.

Gendos, Sainkho Namtchylak i grupa Huun Huur Tu pielęgnują rodzime, tuwiańskie tradycje śpiewów gardłowych. W każdym przypadku przybiera to zupełnie różne formy: od rekonstrukcji szamańskiego obrzędu po połączenie etno, z jazzem , a nawet elektroniką.

Śpiew gardłowy, czyli Khomei, od mongolskiego „gardło”, to technika śpiewu, która pozwala wokaliście wydobyć z gardła jednoczesne kilka różnych dźwięków. A właściwie wydobyć jeden, ale usłyszeć kilka: od niskich, przywodzących na myśl dźwięk didgeridoo, po wysokie świsty, rodem niemalże z buddyjskiego fletu shakuhachi.

Najniższym z tych głosów, nazywanym kargyaa, potrafi śpiewać Gennady Tchamzyryn – Gendos, który, jak czyni to zazwyczaj, niedzielny koncert rozpoczął od rytualnego oczyszczenia sceny. Laika zadziwić może już sama technika wokalna, uprawiana przez przybyłe gwiazdy, a jednoczesny śpiew i gra na drumli wbiła w ziemię absolutnie wszystkich zebranych. Sam Gendos początkowo wydawał się sięgać po kolejne instrumenty: bęben blaszany, bęben szamański, dungurę, buddyjskie dzwonki, dosyć machinalnie. Chociaż z czasem, udało mu się chyba zapomnieć o tkwiącym przed nosem mikrofonie, szaman w środku wielkiego miasta, w synagodze, machając podpalonymi piórkami, pośród stosu kabli, budzić może zażenowanie etnografa, a pozostałych raczej zadziwiać niż fascynować. Program inny, od znanego z wydanych w Polsce płyt, tym razem bardzo korzenny, stanowił ostry kontrast wobec propozycji Sainkho Namtchylak.

Artystka pisze, komponuje i oczywiście śpiewa. Jest jedną z prekursorek khomei pośród kobiet. Sainkho kreuje awangardowy miks: rodzime tradycje traktuje jako źródło inspiracji, jest otwarta na nowe muzyczne trendy. Na scenie towarzyszył jej Sasza Puszkin, odpowiedzialny za syntetyczne poświsty wiatru i śpiew. Po długich staraniach – tańcach i uśmiechach, uśpioną po występie Gendosa, publiczność, udało jej się lekko rozkołysać, niestety dopiero przed samym końcem występu.

Najlepiej zaprezentował się bez wątpienia ostatni gość – czteroosobowa grupa Huun Huur Tu. Panom i ich instrumentom dały się we znaki warunki klimatyczne panujące w świątyni, jednak, jeśli w jakikolwiek sposób wpłynęło to na jakość ich występu, to jedynie dodając mu uroku. Zespół ujął nie tylko wyjątkowym ciepłem i spokojem, żartobliwym i komunikatywnym liderem, ale także komentarzami do każdego utworu, które w przypadku tak innej kultury i niezrozumiałego języka, wydały się być koniecznością. Niestety oczywiste okazało się to tylko dla HHT.

Pod Białym Bocianem gościć miała także łącząca tradycje szamańskie z rokowym brzmieniem tuwiańska grupa Yat – Kha, która ze szkodą dla festiwalu zawiesiła na razie swoją działalność.

Przesunięte w ostatniej chwili rozpoczęcie koncertu, zrewanżować miała degustacja mongolskiej herbaty z ryżem, mięsem i tłuszczem. Nie starczyło jej jednak dla wszystkich (odważniejszych), marznących w synagodze słuchaczy.

Niedzielne wydarzenie w synagodze niestety nie stworzyło płynnego spektaklu. Artyści, mimo łączącej ich, jakby się zdawało, przyjaźni, nie wyszli na scenę razem. Zagrali po prostu trzy odrębne koncerty, które równie dobrze mogliby zagrać w różnych miejscach i o różnym czasie. Mimo to, nie tylko ze względu na brak ogrzewania, dało się poczuć na łydkach iście syberyjski chłodek, a za sprawą tradycyjnych instrumentów i śpiewów choć na chwilę pozwolić świadomości odpłynąć.

Zosia Spandowska


Wrocław
» THE BLACK DAHLIA MU... (21.01) » The Dubliners         (01.03)
» U.K. SUBS/ the Vibr... (18.01) » Australian Pink Flo... (31.01)
» The Black Dahlia Mu... (28.01)
© 2009 Wrocławska Sekcja Alternatywna. - wrocław, koncert, imprezy, zespoły. Wrocławski portal sceny alternatywnej - punk, ska, rock, reggae, metal.

powered by jPORTAL 2