Do Alibi przyszliśmy pół godziny przed planowanym rozpoczęciem koncertu. Przed klubem ciągnęła się dwudziestometrowa kolejka, którą my jednak sprytnie wymanewrowaliśmy. W środku spory ścisk, mimo iż w klubie znajdowała się dopiero nie więcej jak połowa ludzi czekających na koncert.
Godzinę przyszło nam czekać, aż Strachy rozpoczną. "Cygański Zajeb", szaleństwo, "Dzień dobry", szał. I dalej Dodekafonia. Tłok, zaduch i "szkoda, że teraz w WFF kręcą filmy". "Chłopakom się gotuje w butach, a laskom cieknie ślina", można by rzec. Laskom nie tylko cieknie, ale i laskom krzyczy, piszczy i wrzeszczy. Nie ważne co, nie wiedzą co krzyczą, ale krzyczą, bo teksty znają, choć nie do końca wiedzą o czym są. Nie tylko laski.
"Twoje oczy lubią mnie", "Dziewczyna o chłopięcych sutkach" i "disco, które tak bardzo lubicie", które publiczność odebrała jako komplement. "Ostatki". Dwa starsze utwory i dalej Dodekafonia. Grabaż przeżywający chyba drugą młodość, Lo ekstrawagancko wymachujący gitarą, Kozak żartujący w swoim stylu. Strachy.
Jeszcze trochę "Dodekafonii" i "Raissa", w trakcie której niewiele brakuje by Alibi pękło w szwach. A na zakończenie, na deser, na drugi bis "Radio Dalmacija". Dalej. "Dalej po cichutku gra".
Strachy w końcu nagrały płytę, która jest ich. Nie jest przerobioną cudzą twórczością, ani nową interpretacją kultowych utworów starych dobrych lat. I trafnie. Bo klub w niedzielę wypełniony był po sufit.
Kasia Seredyńska / Przemek Maciakiewicz |