Kończąca swój żywot Pidżama Porno, jeszcze w zeszłym roku, była w stanie zapełnić ludźmi duże hangary w stylu WFF. To, co Grabaż ze swoim najpopularniejszym bytem muzycznym robił bez problemu, ze Strachami zrobić się tak łatwo nie da. Marcowy koncert SNL odbyć się musiał w o wiele skromniejszych warunkach wrocławskiego klubu Alibi. Sam występ był częścią większej trasy związanej z promocją płyty „Autor”, której treścią są zaaranżowane na nowo utwory Jacka Kaczmarskiego.
Drobne zamieszanie z godziną startu (podana była zarówno 19:00 jak i 20:00) zaowocowały koncertem rozpoczętym w okolicach 20:30. Po drobnych tłumaczeniach zespół ruszył w „Czerwonym autobusie”. Śpiewający z charakterystyczną chrypką, wyćwiczoną podobno podczas jazdy samochodem, Grabaż, wprowadził nas w nastrój lekkiej konsternacji. To poczucie pewnego zdziwienia towarzyszyło niemal wszystkim piosenkom z ostatniej płyty. Refleksyjne teksty Jacka Kaczmarskiego, nawet w strachowej aranżacji, nie są w stanie pozbyć się tego specyficznego piętna zadumy i kontemplacji. Naturalnie, sporo osób się bawiło, ale zdecydowana większość, miast rzucić się w wir skakania i pląsania, stała zasłuchana i chłonęła muzykę.
Osobny akapit należy poświęcić doborowi piosenek. Repertuar był ułożony niemal doskonale. Mimo że była to trasa promocyjna „Autora”, nie zabrakło utworów dawniejszych oraz… tych jeszcze nie wydanych. Mam tu na myśli projekt „Zakazane piosenki” – starych i nieco zapomnianych numerów, które Strachy na Lachy wypuszczą w tym roku, a których oficjalna premiera miała miejsce na początku września w Lubinie. Dzięki „Łazience” zespołu WC czy też „Na kształt dziecka" składu Brak dostaliśmy próbkę tego, co będzie w niedługim czasie, miejmy nadzieję, usłyszeć. Bo mimo sporego wieku, piosenki te nie straciły nic, a dzięki liftingowi i odświeżeniu wiele zyskały.
Naturalnie nie mogło się obyć także bez prawdziwych hitów. „BTW”, „Moralne salto” czy też idące coraz bardziej w stronę reggae „Hej kobieto” podrywały do zabawy ludzi od proscenium do samych krańców. Publiczność dzielnie wtórowała Grabażowi przy śpiewaniu, a momentami („Czarny chleb i czarna kawa” oraz długo skandowane „Piła tango”) wręcz go wyręczała. Z powodzeniem i kolektywnie moglibyśmy działać jako dodatkowy członek grupy.
Zespół wydawał się być w dobrej formie i niezłych humorach. Grabaż i Kozak pozwolili sobie na dłuższą rozmowę odnośnie zwiedzania wrocławskiego ZOO. Zresztą Krzysztof Grabowski był wyjątkowo ekspresywny ruchowo ze szczególnym naciskiem na mimikę. Sympatyczne to było i robiło naprawdę pozytywne wrażenie.
Drobne, acz niezbyt mocne, pochwały należą się także klubowi Alibi. Co prawda pojawiły się drobne problemy z odsłuchami (szybko rozwiązane), nadmierna ilość dymu nie robiła dobrego wrażenia, a Grabaż momentami był zbyt cicho, ale jednak na szczęście nie można powiedzieć, że technika zabiła występ. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby wyeliminować te drobne potknięcia, to koncert sprawiłby jeszcze większą frajdę.
Po odegraniu części zasadniczej zespół zszedł ze sceny, by po chwili – przy gorących oklaskach oraz głośnym skandowaniu nazwy ich grupy – wejść na nią z powrotem. Rozpoczął się bis (zwany poza Polską „encore”). Gdy usłyszałem pierwsze takty utworu, to aż mnie skręciło. „Dzień dobry, kocham Cię” czyli najbardziej katowana w radiu, najmniej ciekawa, jedna z głupszych tekstowo oraz nudnych muzycznie piosenek w repertuarze Grabaża poderwała niemal wszystkich do zabawy. Potęga radia jest wielka, a jako że większość osób ma umysł ścisły w związku z czym, „podobają im się piosenki, które już słyszeli”. A im więcej razy słyszeli, tym bardziej im się one podobają. Ta rejsowa teoria sprawdza się powszechnie, a przykład niemądrego „DD,KC” tylko mnie w tym utwierdza.
Dobre wrażenie koncertu zostało zatarte i sądziłem, że nie będzie się już dało tego niesmaku niczym zabić. Jakże się myliłem. Ostatnie dwa utwory to majstersztyk klimatu. „A my nie chcemy uciekać stąd” oraz „Pogrzeb króla” brzmią monumentalnie i całkowicie zacierają złe wrażenie. Po takim finiszu wszelkie negatywy zostają wykasowane, a koncert można rozpatrywać tylko w samych superlatywach. Oby następnym razem Strachy na Lachy dały równie udane widowisko.
MeeHau |