Start Patronat Kapele Galeria Linki Kontakt    
szukaj:

Wrocław solidarny z grecką rewoltą!
Menu główne
Strona Główna
Redakcja
Współpraca
Działaj z nami
Patronat
Bannery
Linki
WSA
Galeria
Artykuły
Kluby muzyczne
Konkursy
Oddolne inicjatywy
Wspieramy płyty
Imprezy
Kapele
Inicjatywy
Food Not Boombs
Masa Krytyczna
Czad Giełda
Sitodruk
Recykling Idei
Altergodzina
Radio Sitka
Wrofilm
Viva Palestyna
Komitet Wolny Kaukaz
CRK
Amnesty International
16 Dni
KPiORP
ATTAC
Newsy
Koncerty
Imprezy klubowe
Sztuka
Akcje/Demonstracje
Miasto
Wydawnictwa muzyczne
Inne
Powiadom znajomych
Nasz newsletter
Dodaj do ulubionych
Kontakt
Ankieta
Wrocławski squatting - idea i twórczość
popieram i chodzę
popieram, ale nie chodzę
nie popieram
jest mi to obojętne

[wyniki | ankiety]
Subskrypcja

 
Zapisz Wypisz
Artykuly > Miasto > Squat – recycling miejsc porzuconych
Myślimy o nich jako o obdartusach, nierobach, pijakach i narkomanach. Spychamy na margines, w społeczny niebyt, w niepamięć. Odwdzięczają się niechęcią i nieufnością, ale tak naprawdę próbują tylko znaleźć swój kawałek świata w miejscach porzuconych, zapomnianych, nikomu niepotrzebnych. Squatersi.

Stare kamienice, takie, które zawsze okupują zastępy dresiarzy. Niebezpieczna dzielnica, mówią ludzie. Ciemna brama w którymś z podwórek. Za nią niewielki dziedziniec - kilka mniejszych zabudowań (garaż, przybudówka) i mury. Klaustrofobiczna atmosfera.
Drzwi otwiera nam chłopak w blond dredach. Wchodzimy za nim po schodach. Dookoła betonowe ściany. Chłodno. Wreszcie trzecie, ostatnie piętro i przez mały korytarzyk do kuchni. Bucha ciepło i ostry zapach - to niewysoka dziewczyna gotuje wegetariańskie danie. Odwraca się z łyżką w ręce i krzyczy ze wschodnim akcentem:
- Tylko zamykajcie drzwi, to podstawowa zasada w naszym domu!
Jedno z nas bywało już tutaj, zna miejsce. Zawsze spotykało się tu przyjazną atmosferę i otwartość. Kiedy jednak mówimy, że będziemy robić reportaż, miny tężeją.
- Tu nie ma żadnego squatu, to nie jest miejsce publiczne, nie musimy odpowiadać na żadne pytania - płynie słowotok. - Nie ma o czym mówić - kończą.
Jesteśmy zrezygnowani, właściwie nie wiemy, co z sobą zrobić. I w tym momencie ratuje nas Tołdi.

„Ale o moim squacie nie piszcie"

- Wiecie, oni mają straszne problemy z policją, chociaż nikomu nie zawadzają. Nie chcą dodatkowego rozgłosu, przeciekania faktów, które mogłyby zostać zrozumiane na opak. Już i tak jest dość stereotypów na temat squatów. Można ich zrozumieć - tłumaczy swoich znajomych ze squatu wśród kamieniczek Tołdi
Siedzimy z nim w jednym z wrocławskich ogródków. Jest sześć dni po naszej pierwszej - nieudanej - wizycie. Już wtedy trochę z nim pogadaliśmy, oswoiliśmy się ze sobą, ale „pilnowani" przez niechętną nam dziewczynę umówiliśmy się na wizytę na mieście.
Tołdi to gładko ogolony, krótko obcięty brunet. Schludny, ubrany w dżinsy i dopasowaną bluzę, trochę nie pasuje do pełnej dredów i kolczyków squaterskiej braci.
Opowiada nam o życiu w squacie. O często trudnych warunkach, wodzie przynoszonej w baniakach z pobliskiej stacji benzynowej, o problemach z prądem.
Później przechodzi do działalności wolnościowej, do akcji antywojennych, zachwyca się Zachodem i tym, jak dobrze tam mają squatersi. To wszystko jednak wydaje się trochę przykrywką, bo tak naprawdę prawdziwe emocje pojawiają się, gdy opowiada o swoim squacie - trzypokojowym pustostanie, który zaadaptował wraz ze znajomymi. Uśmiecha się z satysfakcją, gdy opowiada, jak tam się urządzili, jak postępują prace. Ale emocje to też strach, bo zaraz podkreśla: - Nie chcę, żebyście pisali cokolwiek o tym miejscu.
Na koniec Tołdiemu coś się jeszcze przypomina:
- W najbliższą sobotę na wagonach odbędzie się spora impreza. Idziecie?

Impreza na wagonach, czyli amerykański grind-punk

Druga z rzędu piątkowa noc prowadzi nas na peryferia jeszcze dalsze niż poprzednio. Tydzień wcześniej były to nieprzyjazne kamieniczki, teraz mały budynek na nieużywanych poboczach kolejowych, wśród opuszczonych budynków fabrycznych. Na tyłach - zardzewiała furtka z kawałkiem opony zamiast klamki, dalej podwórko. Na środku ognisko otoczone wysokimi wozami na kołach i niepozorny budyneczek. Wygląda jakby rozłożył się tu cygański tabor.
To miejsce to Wagenburg.
Przed wejściem do budynku płacimy pięć złotych i dostajemy po pieczątce, jak w profesjonalnym klubie. Wnętrza są jednak niezbyt „klubowe". Trzy małe pomieszczenia, ściany zaniedbane, dwie kanapy, kilka krzeseł i stolików. Tu ktoś sprzedaje stare winyle, tam broszki („Go vegan", „No more nazizm", „Uwaga! Zły Kaczor"). W prowizorycznym barze piwo i wegetariański (sic!) bigos. Zaczyna się koncert - ostra głośna muzyka. Wokalista ma niezbyt skomplikowane zadanie wykrzykiwania monosylab do mikrofonu (pokazuje też czasem znak środkowego palca okolicznym ścianom). Chwilę słuchamy i idziemy się przewietrzyć. Przy wyjściu zatrzymujemy się jak wryci, bo dwóch mężczyzn kłóci się... po angielsku. Do tego obaj mają to samo imię - Jason.
Jason Pierwszy - drobny brunet w okularach, jest Kanadyjczykiem. W Polsce na squatach żyje od ośmiu lat. Dobrze mówi w naszym języku. Chciałby wrócić do Kanady, ale nie może.
- To nie takie proste - mruczy pod nosem, wpatrując się w piwo, po czym podnosi głowę i rzuca trochę w przestrzeń - żona, dziecko, praca... - nie kończy, macha ręką. Odchodzi.
Później już nie możemy go znaleźć.
Z Jasonem Drugim rozmawiamy już po angielsku:
- Przyjechałeś tutaj z USA, żeby sprzedawać płyty i koszulki?
- No. Popatrz - pokazuje mi odwrotną stronę płyty - mamy tutaj wydawcę, sprzedajemy więcej płyt niż w Stanach.
On jest tu zresztą tylko „chłopakiem na posyłki" - to jego przyjaciele są gwiazdą wieczoru. Grind-punk rodem z USA.
Wkrótce zaczynają grać.
Ich wokalista, olbrzym ubrany na czarno, w obowiązkowych dreadach, od razu ściąga wzrok wszystkich na sali, zajmuje chyba pół sceny. Ale sam koncert niezbyt ciekawy. Sporo wycia w mikrofon, „szarpanie" gitary, niezbyt rytmiczna perkusja. Kończy się przed pierwszą.
Zostajemy na Wagenburgu długo po tym, jak ucichło granie. Nie licząc dwóch przepychanek - jest spokojnie. Ludzie oddają się namiętnie grze w piłkarzyki, piją, rozmawiają przy ognisku lub przy barze - wszystko jak na zwykłej imprezie. Dużo przyjezdnych: ktoś z Krakowa, nawet z Francji (ale Polak). Spać będą tu albo na innych squatach. Squatersi sobie pomagają.
Podczas imprezy dzięki Tołdiemu poznaliśmy mieszkańca squatu na Karłowicach - Tomka. Umówiliśmy się na niedzielę, na akcję „Food no bombs" w Parku Staszica.

Jedzenie zamiast bomb

Dwa dni po imprezie na Wagenburgu. Godzina 14.40, Plac Staszica. Czekamy na Tomka. Dookoła ponuro, zimno, szaro - jesień. Nieopodal grupka bezdomnych - ubrani niedbale, stoją równo jeden za drugim wzdłuż pobliskiej ławki. W dłoniach ściskają talerze, termosy, sztućce. Czekają jak na zbawienie - dostaną jeść.
14.57 w pobliżu ławki pojawia się chłopaczek z transparentem - na białym materiale napis: FOOD NO BOMBS. Wśród bezdomnych zaczynają się rozmowy, atmosfera się ożywia.
Po chwili na miejsce przyjeżdża stary volkswagen „ogórek". Wysiada z niego czwórka squatersów. Z bagażnika wyjmują stulitrowy gar. Pachnie smakowicie, czuć paprykę - jedzenie jest wegetariańskie. Wśród głodnych radosne podniecenie. Kolejka rusza. Niektórzy biorą do domu w plastikowe pudełka, niektórzy jedzą na miejscu.
Mija niespełna piętnaście minut, stulitrowe naczynie jest puste. Grupa zainteresowanych poczęstunkiem powoli się rozprasza:
- Tak jest co tydzień - opowiada Tomek. - Na szczęście rzadko się zdarza, żeby dla kogoś zabrakło, ale jeszcze rzadziej, żeby coś zostało.
- Kiedyś ta akcja miała bardziej ideologiczne podłoże. Rozdawaliśmy ulotki, organizowaliśmy pikiety, teraz chodzi o to, żeby nakarmić kilku bezdomnych. Większość to stali bywalcy - dopowiada Tołdi, który towarzyszy nam także tutaj.
15.20, nie ma już śladu po akcji przygotowywanej cały poprzedni dzień (zajmuje go pokrojenie warzyw i ugotowanie strawy). Gdzieniegdzie widać tylko ludzi łapczywie kończących jedzenie:
- Większość wróci tu za tydzień - komentuje Tomek. - Idzie zima, będzie ich coraz więcej...

Mieszkanie z odzysku

- Życie na squacie wiąże się z ideą recyclingu miejsc porzuconych, z których nikt oprócz kilku żuli nie miałby pożytku - tłumaczy nam Tomek, gdy rozsiadamy się w jego squacie na Karłowicach.
Po poprzednich dwóch squatach ten szokuje normalnością. Niepozorny domek z cegły stojący na uboczu. W środku też zupełnie inaczej niż na wagonach i wśród kamieniczek. Pokoje schludne, choć bardzo osobiste w wystroju - zdarzają się jakieś obrazki, rzeźby, kawałek kobiecego manekina o nieokreślonym feministycznym przesłaniu. Widać, że ktoś włożył w ich urządzenie dużo serca.
Siedzimy w kuchni - centralnym miejscu każdego squatu. Na dużym stole „artystyczny nieład" - porozrzucane talerze, kubki, jakiś czajniczek. W zlewie góra naczyń. Jest kuchenka gazowa, ale mieszkańcy, jeśli mogą, to gotują na piecyku - oszczędzają. Na podłodze psy, piątka. To element folkloru: na każdym squacie są psy. Dlaczego? Nie dowiedzieliśmy się.
Rozmawiamy:
- Ten squat ma krótką historię, istnieje tu od ponad roku. Z właścicielem jesteśmy dogadani, nawet pomagał nam założyć prąd, choć taka sytuacja to rzadkość. Nie płacimy za wynajem, tylko rachunki około 40 złotych. Woda tylko zimna, ale w razie czego grzejemy sobie na kuchence. Meble i wyposażenie bierzemy ze śmietników bądź kupujemy za cenę złomu -Tomek krótko odpowiada na nasze kolejne pytania.

Sam nas tutaj zaprosił, ale teraz wydaje się, jakby decyzji żałował. Chodzi po kuchni w kółko, jest trochę nerwowy, ręce ma założone, sylwetkę zamkniętą. I tak przez dwie godziny - trudno się przebić przez tę blokadę. Gdy staramy się nadać jakiś ton osobisty rozmowie, Tomek odpowiada oficjalnie. W końcu po dwóch godzinach wybiera się na miasto.
Zostajemy z Aśką - dużą, energiczną dziewczyną w blond dredach oraz Sebastianem - lokalną złotą rączką. Rozmawiamy o studiach, o planach, o pracy (Aśka nie musi pracować, rzuca coś o jakiejś „pomocy państwa", ale zaraz zmienia temat). Robi się jakoś mniej oficjalnie, zaczyna się zwykła rozmowa, bardziej osobista. Sebastian wypowiada zdanie, które zapada nam w pamięci:
- Wiesz, ja potrzebuję mieć taki swój kawałek świata, takie coś, gdzie będę czuł się na swoim miejscu. Jak wynajmowałem mieszkania, nie czułem się na swoim miejscu, tutaj tak.
Nasuwa się nam trudne pytanie:
- Nie myślicie, co by się stało, gdyby właściciel nagle przyszedł i powiedział: „Już was tu nie chcę"? Z dnia na dzień?
- No... - Aśka, przez cały czas pewna siebie, traci nagle fason - mamy z nim coś na kształt miesięcznego wypowiedzenia...
Nie kończy, gubi się, miesza, próbując znaleźć odpowiednie słowa, coś mówi o walce o swoje, ale sama sobie odpowiada, że to nierealne. W końcu rozkłada bezradnie ręce. W mgnieniu oka pojmujemy, czym spowodowana była cała pełna niechęci rezerwa czy wręcz wrogość, z którą się spotkaliśmy. Tymi ludźmi kieruje strach przed utratą czegoś, co jednym wydaje się bezużytecznym starym budynkiem, a dla nich jest prawdziwym domem.

W kółko historii i magiczne kanapy

Historia zatacza krąg. Wracamy do miejsca, w którym zaczynaliśmy i gdzie nas tak chłodno przyjęto. W zamkniętej bramie zastajemy chłopaka:
- Jesteśmy dziennikarzami e-LAMY, piszemy reportaż o squatingu - zdanie z pierwszego dnia się powtarza.
Chłopak odpowiada nam z niechęcią i nieufnością:
- Nie jestem osobą wystarczająco kompetentną, by odpowiadać na jakiekolwiek wasze pytania - znowu ton oficjalny. - Wątpię, czy w czymkolwiek mogę Wam pomóc.
Trochę z przekorą opowiadamy mu o materiałach, które już zebraliśmy w innych miejscach. Patrzy trochę z niedowierzaniem:
- Ok, wchodźcie - rzuca po zastanowieniu.
Znowu lądujemy w kuchni. Usadawiamy się na kanapie, dostajemy herbatę, podziwiamy jeszcze większy nieład niż poprzednio. Rozmawiamy. O pracy - dorywczej; o studiach - że coś trzeba zaczynać, żeby do wojska nie wzięli; o policji - która zawsze się trochę za bardzo interesuje.
Najpierw siedzimy sami, ale powoli kuchnia ożywa. Pojawia się Aśka z Karłowic, ktoś z innego squatu przychodzi i mówi, że popsuł się agregat. Robi się tłoczno. Ktoś komuś goli głowę, ktoś inny coś gotuje, przez chwilę nikt nie zwraca na nas uwagi.
Nagle jeden ze squatersów, Bartek, odwraca się do nas i mówi z uśmiechem:
- To nie są zwykłe kanapy. Kiedy już człowiek usiądzie, nie może wstać. Zawsze ktoś przyjdzie usiądzie naprzeciw i zacznie nową rozmowę i można tak siedzieć przez kilkanaście godzin. Uważajcie, bo możecie już nie wstać. Część imion bądź przezwisk w tekście została zmieniona. Dokładne lokalizacje miejsc nie zostały podane - uczyniliśmy tak na wyraźne życzenie bohaterów reportażu.

Artykuł ukazał się w e-Lama Magazine 11/2005


Wrocław
» THE BLACK DAHLIA MU... (21.01) » The Dubliners         (01.03)
» U.K. SUBS/ the Vibr... (18.01) » Australian Pink Flo... (31.01)
» The Black Dahlia Mu... (28.01)
© 2009 Wrocławska Sekcja Alternatywna. - wrocław, koncert, imprezy, zespoły. Wrocławski portal sceny alternatywnej - punk, ska, rock, reggae, metal.

powered by jPORTAL 2