W piątek swoją ogólnopolską premierę miała najnowsza płyta Lecha Janerki zatytułowana "Plagiaty" - ósma w dorobku wrocławskiego artysty.
Na ósmym krążku artysty znalazły się utwory, których muzyczne szkice Janerka stworzył przeszło trzydzieści lat temu.
Grzegorz Cholewa: "Plagiaty" powstały w ekspresowym dla Ciebie tempie, ledwie trzy lata po ostatniej produkcji. Materiał oddałeś do wytwórni tydzień temu, wczoraj oficjalna premiera. Skąd ten pośpiech?
Lech Janerka, wokalista, basista, autor tekstów: Ja też trochę siebie nie poznaję, ale pośpiech towarzyszy nam tylko przez ostatni miesiąc, odkąd pojawił się menedżer zespołu Voo Voo, który zaproponował współpracę. Nie pamiętając, co to znaczy mieć menedżera, powiedziałem - spróbujmy! Na co on wyjął kalendarz, przybił go gwoździem do ściany, zakreślił kółkiem datę i powiedział: wtedy musisz oddać materiał. I znaleźliśmy się w pułapce czasowej, bo z terminu trzeba się wywiązać. Ale płyta była już na ukończeniu, dlatego też zgodziliśmy się na taki rozkład zajęć. Teraz wiem, że zabrakło dwóch dni na dopieszczenie kilku drobiazgów.
A więc plan kilkudziesięciu koncertów w dwa miesiące to także pomysł nowego menedżera? Tempo zabójcze.
- Przeżywałem to już za czasów Klausa Mitffocha. Zdarzało się nawet, że graliśmy wtedy trzy koncerty dziennie w jednym miejscu. Wszystko mi się myliło, nie wiedziałem, gdzie jestem. Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej. Z jednej strony to jest męczące, ale z drugiej może być też bardzo ożywcze. Cenię sobie stany przypominające letarg, ale one zawsze trochę oszałamiają i na wszystko znieczulają. Dlatego być może pół roku ciężkiej pracy dobrze mi teraz zrobi. Później przystopuję i znów zajmę się wpadaniem w roślinny stan. Typowy dla mnie stan warzywa. To jak pewnego rodzaju cykl. Rytuał.
Bywa twórczy?
- To czas zresetowania systemu, odprężenia i oczyszczenia głowy, w którym na nowo zaczynam się przyglądać sprawom. I dlatego w pewnym sensie jest też twórczy.
Skąd pomysł na wyciągnięcie piosenek z szuflady?
- Trzony tych utworów, czyli podstawowa harmonia i melodie, mają trzydzieści lat. Teksty są natomiast współczesne, bo w okresie licealnym jeszcze nie pisałem do muzyki. Nowe są również aranżacje i oczywiście cała produkcja.
Pomysł należy do Bartka Dziedzica, producenta płyty. Na poprzednich to ja trzymałem wszystko w garści. Teraz wymyśliliśmy sobie, że ja nagrywam głos i gitarę, resztę robi Bartek. Początkowo wydawało się to zabawne, ale nie przyszło mi łatwo przyglądać się temu z boku. Staczaliśmy boje, ale w sumie osiemdziesiąt procent to Bartka robota.
Jaki jesteś na tej płycie?
- Po iluś latach pisania tekstów, po przejściu przez takie etapy, kiedy człowiek jest bardzo agresywny i ma potrzebę bycia ekstremalnym, przychodzi moment spojrzenia na pewne sprawy z różnych punktów widzenia. To jest znamię, mma nadzieję, dojrzałości; zresztą napisałem kilka tekstów, w których daję temu wyraz. Troszkę się zmieniam - kameleonię. Raz jestem agresywny, raz jestem głupkiem na wzgórzu, który obserwuje, czasem nie potrafi określić, jak się sprawy mają, ale widzi szeroko i trochę inaczej. Czasami letarguję, czasami szydzę. Teksty te są różne, tak samo jak różne są też te wygrzebane melodie. Mamy tutaj bossa novy, bluesa, walczyki, orkiestrę Armii Zbawienia, piosenkę turystyczną czy pastisze Beatlesów. W warstwie muzycznej jest to płyta bardziej pogodna od poprzedniej, a w warstwie tekstowej jest chyba nieco bardziej wyciszona.
Oprócz fanów, którzy dojrzewają razem z Twoimi płytami, na koncerty tłumnie przychodzą piętnastolatkowie, którzy w pierwszych rzędach wyśpiewują wszystkie teksty.
- Pamiętam czasy licealne, kiedy to szukałem czegoś, co wykracza poza moje doświadczenia, czegoś, co by mnie rozwijało, pokazywało inny, obcy i nieosiągalny świat, który gdzieś tam się czai. I nie miałem problemów z jego odczytaniem. Nie można upraszczać rzeczywistości i mówić, że istnieje jakaś domena nastolatków i jakaś domena ludzi dorosłych. Bo ci młodzi potrafią być niezwykle wrażliwi. Bycie dorosłym oznacza płacenie rachunków - tylko do tego się to sprowadza. Dla wielu ludzi informacja wsparta emocją jest bardzo istotna. Jeśli jest pozbawiona tej emocji, potrafi być wyłącznie czczym bełkotem. Pewne rzeczy chłonie się intuicyjnie, a w przypadku muzyki rockowej efekt potęguje jeszcze charyzma frontmana. Płyta, muzyka, teksty to jest przede wszystkim transmisja emocji...
Są artyści, którzy przyznają się do inspiracji Twoją twórczością, ale nikt nawet nie próbuje podrobić tego stylu.
- Mam aspiracje, żeby od czasu do czasu robić coś, co jest oryginalne. Akurat wychodzenie poza schemat sprawia mi największą frajdę. Czasem się to udaje, wymaga też wielkiej pracowitości. Podobnie jest z tekstami. Powiedzieć dwa zdania, które coś tam znaczą, a jeszcze fajnie się ich słucha, też nie jest proste. Ale im dalej, tym trudniej. Teraz mógłbym zrobić taką płytę jak Klaus Mitffoch, może nie tej klasy, ale na pewno na zbliżonym poziomie. To już mnie jednak nie ciekawi, to sprawa zamknięta i wyczerpana formuła.
Jak by wyglądał Twój świat bez Beatlesów?
- Pewnie w ogóle bym nie grał, bo to właśnie oni zainspirowali mnie do tego, by chwycić za instrument i zacząć komponować. A tak generalnie, są ludzie, którzy twierdzą, że świat byłby lepszy bez Beatlesów, że poprzez całkowitą dominację i ukierunkowanie sposobu myślenia o muzyce rozrywkowej wyrządzili wiele złego.
Myślałeś już o tym, żeby przestać grać. Jesteś rzeczywiście na to gotowy?
- Ja już jestem ubezwłasnowolniony, w tej chwili oczywiście mógłbym już przestać, wymigać się od grania, czasami nawet szukam sposobów, żeby to zrobić, ale z drugiej strony nic innego nie potrafię. Mogę napisać piosenkę, zaaranżować, zaśpiewać. Ale zawodów pochodnych od tego nie ma zbyt wiele. Chyba mógłbym być jeszcze dziennikarzem, poetą albo pisać opowiadania. Żyję pewnymi złudzeniami, że to, co robię, jest wystarczające, tym bardziej że od czasu do czasu mam z tego satysfakcję.
A kiedy obudzisz się rano z pustką w głowie bez pomysłów, chęci i twórczego ognia...
- Nie strasz mnie...
Sytuacja hipotetyczna...
- Ale przerażająca, nie chcę tego słuchać! Wiem, że kiedyś ten moment przyjdzie. Dawniej powstrzymywałem się od tego, żeby robić nowe płyty. Miałem tysiące pomysłów, ale je blokowałem. Wszystko chciałem robić powoli. A teraz? Wydaję płytę z piosenkami sprzed trzydziestu lat - gdyby dalej głowa parowała mi od pomysłów, to pewnie nagrałbym coś innego. Oczywiście perturbacje personalne w zespole też skłoniły mnie do takiego posunięcia, ale myślę, że już niedługo się okaże, czy mam jeszcze świeże i zaskakujące pomysły. Na razie o tym nie myślę. Nie wykluczam sytuacji pustki, ale nie można też popaść w paranoję. To dopiero potrafi człowieka zablokować.
gazeta.pl |