Artykuly > Recenzje imprez > Obscure Sphinx, NAO, Tides From Nebula

Kiedy rok temu byłem na koncercie Tides From Nebula w Firleju, występowali w roli supportu przed medialnie eksponowanym Oceansize. Wtedy przereklamowani Anglicy zmęczyli mnie okrutnie, za to „Tajdsi” aspirowali już do roli czołowej rodzimej post-rockowej kapeli. Dziś to oni zabierają w trasę supporty. I nie mam wątpliwości, że za jakiś czas jeden z ich obecnych supportów będzie zabierał w trasy własne supporty. Który? TFN przywieźli ze sobą do Wrocławia dwa zespoły, a ponieważ zawsze dobrze jest zacząć od początku, więc zacznę od końca.

Po tym, co usłyszałem rok temu na ich firlejowym koncercie poprzedzającym występ Oceansize, a także po rocznej intensywnej zażyłości z ich płytowym długograjem („Aura”), nie ma mowy – jak wtedy, gdy spotkałem ich muzykę po raz pierwszy – o rzetelnym przedawkowaniu zdziwienia. Nie było już – połączonego z niedowierzaniem – spoglądania niepewnie na bilet, czy przypadkiem nie pomyliłem ich z koncertem Mogwai. Nie dałem się drugi raz nabrać na grzecznie wyglądających na scenie chłopców, którzy onieśmieleni robią sobie zdjęcie z publiką – wiem już, że gdy łapią za wiosła (perkusistę z góry przepraszam – gdybym napisał, za co on łapie, moja recenzja mogłaby się nie ukazać ;) zamieniają się w nawiedzonych gitarowych freak’ów, którzy postanowili wykorzystać przed koncertem cały zapas zakazanych dopalaczy: ich sceniczna szamotanina skutecznie podkreśla wrażenie spotkania z czymś niezwykłym, niekonwencjonalnym, nietuzinkowym.

Przestałem się dziwić wspaniałym balansom rytmicznym i zręcznej grze kontrastem – zdążyłem sobie przyswoić, że Tajdsi z post-rockowym warsztatem nie mają najmniejszych problemów. Do pięknie rozwijających się melodii i perfekcyjnie dopracowanych aranżacji też zdążyłem się już przyzwyczaić. Nie pytałem już, jak to możliwe, że utwory nie krótkie przecież, w całości instrumentalne, i zasadniczo niełatwe – mają taką łatwość zyskiwania słuchacza. Trzeba naprawdę dużych pokładów inwencji melodyjno-aranżacyjnej, aby z artystycznie dodatnim efektem zmierzyć się z tym wyzwaniem. Na rodzimej scenie, oprócz TFN, może jedynie Indukti to potrafi.

A przecież ta cała analityczna machina nie ustrzegła mnie przed autentycznym uczuciem zachwytu podczas koncertu. Szczególnie w tych kilku momentach, w których post-rockowa strategia budowania muzycznego napięcia zmienia się rodzaj zmyślnej gry między składowymi pierwiastkami tej dźwiękowej konstrukcji. Wtedy muzyka TFN balansuje między chaosem a klarowną melodią, czystym dźwiękiem a gitarową szarżą, ciszą a instrumentalną nawałnicą, a w wymiarze scenicznego wizerunku: między światłem i cieniem, słowem: permanentna gra kontrastami. Najlepiej, w moim odczuciu, słychać to w doskonałym „Higgs Bosson” (mój faworyt z „Aury”), osadzonym nieco w klimacie Oceansize „Tragedy of Joseph Maverick”, onirycznym „Purr” (słychać tu nie tak znowu dalekie echa zarówno Mogwai jak i Isis), czy dopieszczonym aranżacyjnie „Sleepmonster”. Na środowym koncercie pojawiły się one wszystkie. TFN, bazując na sprawdzonych koncertowo kawałkach z „Aury”, ogrywał już pierwsze zwiastuny materiału, który złoży się na drugą płytę zespołu. I być może płytoteki tajdsomaniaków zasili ona jeszcze w tym roku. Szczerze? Nie wierzę, że będzie lepsza od debiutu. Nie musi. Biorę ją w ciemno.

Foto: Tides From Nebula

Na koniec słowo o wczorajszowieczornych supportach. Bezpośrednio przed TFN wystąpił warszawski NAO z przesympatyczną wokalistką. Nie chcąc pisać źle o muzyce, która – jak czytam i wnioskuję, choćby po reakcjach firlejowej publiczności – podoba się i zbiera mnóstwo pochlebnych recenzji, dyplomatycznie odpuszczę sobie te kilka złośliwych uwag i spuentuję ich występ tak:
wspaniały (publiczność potwierdzi), tylko mi nie bardzo przypadł do gustu ;)


fot. Wojciech Kostoglu

Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na rzetelnie pozytywne wrażenie, jakie zrobił na mnie support supportujący support, czyli warszawski Obscure Sphinx. Muzycznie – zdecydowanie niekonwencjonalnie i z pomysłem na swój styl, choć – co nie jest zarzutem – kilka czytelnych inspiracji można zauważyć: OS to kotłujący się sludge-metal ze sprawdzonymi post rockowymi patentami a la Neurosis czy Isis plus niekwestionowany atut w postaci żywiołowej wokalistki (wizerunkowo gdzieś pośrodku między A. Chylińską a Jarboe). Jest w tym potencjał, jest ujmujący czar spotkania z jakimś progresywno-metalowym rytuałem, jest w końcu niekontrolowane szaleństwo i szaleńczy brak kontroli. Jak można twórczo i bez ciśnienia na proste rzeźnickie zagrywki rozwinąć w mroczny dreszczowiec ciężki, metalowy temat, najlepiej słychać w „Eternity” (Ge-nia-lny riff!!). A ta młoda kapela nie ma na swoim płytowym koncie nawet debiutu, uwierzycie? Panowie (i panie) z Obscure Sphinx – chcę to mieć na płycie. I to szybko;) !

Łukasz Ragan