Niewielka sala, pełno ludzi i ciemność z pośród której rozbłyskują światła ze sceny. Mało widać, lecz muzykę słychać doskonale. Już po pierwszych nutach wiadomo, że to „Living colour” w pełnej okazałości. Ten zespół afro amerykańskich muzyków, gra charakterystyczną dla siebie mieszankę rocka, free jazu i funky przeplatanych havy metalowymi wstawkami i z domieszką hip-hopu.

fot. Patryk Ciechanowski
18 sierpień 2010 roku, klub Alibi we Wrocławiu, ta data i miejsce zostaną przez wielu (wraz ze mną) zapamiętane na długo. Początek koncertu tej legendarnej grupy może nie wypadł szałowo, ale z każdym następnym utworem było tylko lepiej. Coraz bardziej skoczne i energiczne kawałki porywały publikę do granic szaleństwa. Szczególne wrażenie wywarł na mnie utwór „Elvis Is Dead” podczas którego widownia śpiewała wraz z wokalistą (Corey Glover), Momotami nawet głośniej od niego. Kiedy czas koncertu dobiegł końca, muzycy oczywiście nie mogli zejść ze sceny, nie grając nic na bis, więc zaserwowali jeszcze dwa utwory: Przebój z płyty "Vivid" - "Cult Of Personality" oraz cover The Clash - "Sholuld I Stay Or Should I Go". To co warte jest jeszcze wspomnienia to fakt, że basista zamiast stać z resztą zespołu na scenie, wolał szaleć z gitara w tłumie.
Foto: Living Colour w Alibi
Podsumowując „Living colour” występem we Wrocławiu pokazali naprawdę światową klasę, nie pozostaje nic jak tylko mieć nadzieję, że będziemy mogli być częściej światkami widowisk na takim poziomie.
Rafał Kreczmer |