Wrocławski festiwal filmowy „Nowe Horyzonty” (do niedawna „Era Nowa Horyzonty”) to nie tylko wielkie święto kina. Równolegle do projekcji filmowych, w Muzycznym Klubie Festiwalowym Arsenał, odbywają się koncerty. W zasadzie muzyczna część festiwalu mogłaby oderwać się od tej filmowej i żyć własnym życiem. Rok temu we Wrocławiu zagrał Mike Patton z projektem Monde Cane, a że jest to gwiazda światowego kalibru, trzeba było przenieść imprezę na Wyspę Słodową, żeby wszyscy chętni mogli się pomieścić. Tegorocznym headlinerem NH ogłoszono amerykański zespół Grinderman.
Kim jest i co zrobił dla muzyki Nick Cave, nie trzeba, mam nadzieję, nikomu szczególnie tłumaczyć. Szalony i nieokiełznany młodzieniec z The Birtday Party, mroczny wykonawca ballad z zespołem The Bad Seeds, kaznodzieja rock’n’rolla – to tylko niektóre z jego wcieleń. W projekcie Grinderam, Cave powraca do swoich korzeni. Zakłada na barki gitarę, odkręca na full przester, zdziera gardło przy mikrofonie w rytm rockowej, surowej muzyki. Usłyszeć to na płycie – rzecz wspaniała, zobaczyć Grindermana na żywo – to już całkowicie inny poziom doznań.
Nick Cave , Warren Ellis, Martyn Casey i Jim Sclavunos – kinowi bohaterowie wieczoru. Scena, jako gigantyczny ekran, na którym został wyświetlony niezwykły, kolorowy i pełen pasji film. Zaczęli ostro, od „Mickey Mouse and the Goodbye Man” . I już było wiadomo, że będzie to coś nie z tej ziemi. Cave, naładowany energią, szalał po scenie z gitarą, schodził do publiki, wspinał się na ręce ludzi. Głos miał perfekcyjnie zachrypnięty i donośny. Ubrany w obowiązkowy elegancki garnitur i szykowne buty skupiał na sobie całą uwagę i nie pozwalał oderwać od siebie wzroku. Jedynie dzikie wygibasy i kopniaki karate w wykonaniu Ellisa dorównywały jego popisom. Grinderman od samego początku narzucił publice szybkie tempo, które trwało do ostatnich uderzeń gitary. „Worm Tarmer” „Heathen Child”, „Get It On” czy „No Pussy Blues” najbardziej zapadły mi w pamięć. Ze sceny biły fale energii, o czymś podobnym, mogą jedynie pomarzyć dzisiejsze, młode zespoły rockowe. Nieliczne chwile oddechu zespół dawał nam jedynie, przy okazji spokojniejszych kawałków takich jak „When My Baby Comes” czy „Kitchenette”. Ale takich momentów było niewiele. Królowało szaleństwo i dzika, nieokiełznana magia zaklęta w gitarowym hałasie. Charyzma i autentyczność Cave’a porażała. Zahipnotyzował mnie, przeniósł do swojego świata, oprowadził po nim, i była to podróż niezwykła. Jeden z tych koncertów, podczas których całkowicie zatracasz się w muzyce, a po jego zakończeniu zastanawiasz się, co robiłeś przez ostatnią godzinę.
Trochę natomiast siadła organizacja. Zabrakło telebimów, tak, że Ci stojący całkiem z tyłu musieli, zadowolić się patrzeniem na malutkie postacie miotające się po scenie, albo, co gorsza, na plecy współbiesiadników. Kolejny raz nie zdał egzaminu podział na strefy. Pod sceną i w jej pobliżu mogło znajdować się dużo więcej ludzi, ale nie wszystkich stać było na zakup najdroższych biletów. Efekty takiej polityki są dość smutne. Tłumy na najdalszych strefach i mało liczna publika na przodzie. Bezsensowne wyciskanie kasy z ludzi zawsze mnie raziło. Zwłaszcza, kiedy później widać negatywne tego rezultaty. Nie spisała się też służba ochrony. Niemiłe, napompowane osiłki nieuprzejmie odnosili się do ludzi, zasłaniali ręka aparaty, przechadzali się wśród tłumu w trakcie koncertu, słowem – za bardzo wczuli się w rolę. Podobnie było na wszystkich koncertach w Arsenale, gdzie były szczegółowe, przesadzone i prowadzone w niemiłej atmosferze „trzepanki”. Można było poczuć się jak przestępca. Organizatorzy po prostu muszą coś z tym zrobić w przyszłym roku. Tak, żeby na wspaniale spędzanych Nowo-Horyzontowych imprezach nie było już żadnej rysy.
Kamil Downarowicz |