Nowe wydawnictwo Wrocławian skierowane jest przede wszystkim do osób, ceniących sobie brzmienie, zakorzenione głęboko w klasycznym metalu. Wpływy Iron Maiden, Megadeth czy choćby Saxon są tu aż nadto widoczne. Od siebie Grimlord dodał do tej mieszanki smaczki w postaci przestrzennych syntezatorów, pojawiających się od czasu do czasu trashowych zagrywek czy rozbudowanych solówek. Stary, poczciwy heavy-metal, jak zawsze w wydaniu Dolnoślązaków ma się bardzo dobrze. Ale czy to wystarczy?

Że muzycy Grimlord grać potrafią, nie mam najmniejszych wątpliwości. Podobać się może tempo i dynamika poszczególnych numerów oraz ich pewna doza melodyjności. Szkoda tylko, że w swoim fachu, zespół ogranicza się jedynie, do bezmyślnego nieraz naśladownictwa swoich mistrzów. To właśnie brak oryginalności jest największą bolączką „Dolce Vity…”. Schematyczność poszczególnych kawałków po prostu bije po uszach. Już po pierwszym przesłuchaniu tego krążka, nie mamy ochoty ponownie wkładać go do odtwarzacza. Pomimo, że kompozycje w porównaniu do wcześniejszego materiału grupy, wydają się bardziej dojrzałe, wielowarstwowe i na pewno lepiej zaaranżowane, nadal nie potrafią przykuć do siebie uwagi słuchacza. Sytuacji nie poprawia też niestety wokalista, o wdzięcznym pseudonimie, Barth La Picard, który najzwyczajniej w świecie nie potrafi śpiewać, i do tego niemiłosiernie kaleczy język angielski. Dobrze, że większość numerów jest instrumentalna…
Naprawdę, wierzę że Ci goście mają talent. Szkoda tylko, że marnują go na powielaniu oczywistych do bólu „oczywistości”. Mam nadzieję, że wyciągną odpowiednie wnioski i w końcu nagrają „swój” album. Myślę, że spokojnie ich na to stać. Wystarczy odrobina wyobraźni i dystansu do tego, co się robi. Trzymam kciuki.
Kamil Downarowicz |