Start Patronat Kapele Galeria Linki Kontakt    
szukaj:

Wywiad z Noami Klein
Menu główne
Strona Główna
Redakcja
Współpraca
Działaj z nami
Patronat
Bannery
Linki
WSA
Galeria
Artykuły
Kluby muzyczne
Konkursy
Oddolne inicjatywy
Wspieramy płyty
Imprezy
Kapele
Inicjatywy
Food Not Boombs
Masa Krytyczna
Czad Giełda
Sitodruk
Recykling Idei
Altergodzina
Radio Sitka
Wrofilm
Viva Palestyna
Komitet Wolny Kaukaz
CRK
Amnesty International
16 Dni
KPiORP
ATTAC
Newsy
Koncerty
Imprezy klubowe
Sztuka
Akcje/Demonstracje
Miasto
Wydawnictwa muzyczne
Inne
Powiadom znajomych
Nasz newsletter
Dodaj do ulubionych
Kontakt
Ankieta
Wrocławski squatting - idea i twórczość
popieram i chodzę
popieram, ale nie chodzę
nie popieram
jest mi to obojętne

[wyniki | ankiety]
Subskrypcja

 
Zapisz Wypisz
Artykuly > Recenzje imprez > Ethno Jazz Festival 2008
Trzeba przyznać, że organizatorzy Ethno Jazz Festival 2008 mają rozmach. Zaproszeni artyści to wyjątkowe osobowości sceny World, która, także w naszym kraju, zdobywa coraz większe grono słuchaczy zainteresowanych nietypowym podejściem do muzyki. Przy kolejnych zalewających nas z radia oraz telewizji gwiazdkach istnieje potrzeba ucieczki w barwny, wielokulturowy świat. I taką właśnie możliwość dostajemy za sprawą odbywającego się od września do grudnia wrocławskiego festiwalu.

Niespotykany dotąd przekrój artystów z wielu zakątków świata. Począwszy od urodzonej w Jerozolimie a łączącą tradycję żydowską z andaluzyjskim flamenco Yasmin Levy, przechodząc przez arabską Natachę Atlas, argentyńskiego Cristobala Repetto, polsko – ukraiński duet Voo Voo i Haydamaky, swingujące, brytyjskie trio The Puppini Sisters, tuwiński śpiew gardłowy w postaci Huun Huur Tu oraz Sainkho Namtchylak, szamański Gendos,indyjskie Dhoad Gypsies of Rajsthan a skończywszy na Omarze Portuondo z Buena Vista Social Club.

Miałem niesamowitą okazję zobaczyć drobny wycinek tej muzycznej rzeczywistości, która obejmuje cały świat, rośnie w siłę, ale w Polsce nadal tkwi w jakimś dziwnym marazmie. Widać to było po ilości osób przybywających na poszczególne wydarzenia. Oględnie i eufemistycznie rzecz ujmując – nie było tłumów. Empirycznie przełożyło się to choćby na przeniesienie koncertów The Puppini Sisters oraz tuwińskich zaśpiewów z WFF do, odpowiednio, Impartu oraz Synagogi. W Wytwórni Filmów Fabularnych odbył się za to koncert muzycznego duetu Voo oraz Haydamaky lecz i on nie był w stanie zapewnić tłumów.

Nim jednak zabrzmiał kijowsko – polski kolektyw mieliśmy okazję usłyszenia i obejrzenia grupy Shannon. Od razu muszę zaznaczyć, że muzyka celtycka nie leży w pakiecie moich zainteresowań, a jedyne pozytywne asocjacje to podkład do nadawanego dawno, dawno temu serialu Robin Hood. Stąd zespół nazwany irlandzkim miastem i rzeką już na starcie miał zadanie utrudnione i nieco niewdzięczne. Starałem się jednak z uwagą ich wysłuchać. Przynajmniej do momentu w którym przegłosowany zostałem i bez większego sprzeciwu udałem się w celu oczekiwania na gwiazdy wieczoru. To, na co jednak zwróciłem uwagę, to fatalne rozplanowanie przestrzenne. Ja rozumiem, że zainteresowanie muzyką world nie przypada przeważnie na okres lat pacholęcych, ale wstawienie krzesełek w pierwszy rząd i odgrodzenie ludzi stojących barierkami, było fatalnym posunięciem. Shannon, podobnie zresztą jak późniejsze Haydamaky, sprawiało, że duża część osób miała ochotę ruszyć w tan. Ale oddzieleni od sceny nie mieli na to większych szans.

Pewna doza napięcia w oczekiwaniu na występ gwiazd wieczoru wpłynęła na mnie mobilizująco. Szepty odnośnie wspólnego koncertu, konspiracyjnie przekazywane przez zgromadzone audytorium, miały w sobie coś z lekkiego podenerwowania przed ważnym egzaminem; „Ciekawe jak wyjdzie.”, „Czy aby na pewno to dobry pomysł?”, „Pan Waglewski na pewno da radę”, „Mateo zaśpiewa w swoim magicznym głosem w rytm kozackiej melodii”. Wreszcie na scenie pojawili się ukraiński zespół w swej nazwie nawiązujący do niechlubnego okresu stosunków polsko – kozackich i rozpoczął się najlepszy fragment wieczoru.

Scenicznie Haydamaky prezentują się znakomicie. Skoczna mieszanka ska, z punkową energią przetworzoną na etniczną nutę idealnie sprawdza się w warunkach bojowych. Szkoda tylko że pozbawieni możliwości podejścia pod scenę ludzie, zmuszeni zostali do zabawy w dość dużej odległości od miejsca, w którym zwykło się wszelkie hołubce wyczyniać. Ograniczyło to krąg zainteresowanych i negatywnie wpłynęło na odbiór całości. Był to jednak mocny i ostry show z pazurem i kłem.

Atrybuty te uległy wyrwaniu i stępieniu przy wejściu pana Wojtka wraz z zespołem Voo Voo. Od tego momentu dostaliśmy porcję stonowanej, wyciszonej, momentami tylko dynamiczniejszej, muzyki. Polsko – ukraińskie kompozycje były zbyt rozwodnione, a koncepcja wspólnego grania chyba nie do końca przemyślana. O wiele lepsze wrażenie byłoby, gdy ten kolektyw wystąpił jednak podzielony ze swoimi autorskimi kompozycjami. Wspólne granie polegało przeważnie na długaśnym odgrywaniu utworu, który urozmaicany wejściami kolejnych muzyków przybierał na sile lub był wyciszany. Schemat ten powtarzany wielokrotnie zaczynał nużyć i pod koniec występu zwyczajnie męczył.Ciekawy pomysł oraz dobry wstęp został nieco roztrwoniony. Zabrakło kropki nad „i”, czegoś co udźwignęłoby niezły koncept na duet haydamakowsko – voovooowski.

Za to następny dzień to była podróż w inną bajkę. Choć może właściwie nie tyle w bajkę, co w dawną epokę. Za sprawą Stephanie O’Brien, Marcelli Puppini oraz Katherine Mullins, czyli The Puppini Sisters, wrocławski Impart został przerzucony w inne miejsce, w inny czas. Śliczne, seksowne i ponętne trio, wspomagane nieco mniej piękną trójką muzyków - Blake Wilner (gitara), Patrick Levett (perkusja), Henrik Jenson (bas) – przeniosło nas w klimat, którego w Polsce poczuć tak naprawdę nigdy nie można było.

Swingujące dziewczęta, w swoim repertuarze mające utwory The Anders Sisters, nie mogły rozczarować. Taka porcja muzyki, będąca odskocznią od codziennej papki i sztampy, kusiła i nęciła, czarowała i uwodziła. Coś nie miało prawa się rozegrać, wyrosło na naszych oczach i porwało nas w miejsce i czas, które, jak się mogło wydawać, dawno odeszły w zapomnienie. Bo ich główną siłą, poza naprawdę wspaniałymi głosami, był koncept stylizujący je moment w historii, kiedy nie było jeszcze terroryzmu, kiedy kobiety i mężczyźni dokładnie znali swoje role, kiedy posiadanie nakrycia głowy związane było z możliwością założenia gustownego kapelusza. Może zabrzmię jak konserwatysta, ale piękne musiały to być czas, w których życie było prostsze, ludzie radośniejsi, a muzyka do tańczenia - we dwoje. Szkoda tylko że przeniesione w ostatnim momencie miejsce koncertu pozbawiło mnie przyjemności dłuższego obcowania z tym zjawiskiem muzycznym.

MeeHau

P.S.

W materiałach prasowych było napisane, że bezpośrednią inspiracją dla powstania The Puppini Sisters był długometrażowy film „Trio z Belleville”. Animacja, będąca połączeniem klasycznej - dwuwymiarowej - z trójwymiarową osadzona w realiach mrocznego miasta Belleville w stylu Art Deco, którą obejrzałem zainspirowany koncertem, robi niesamowite wrażenie i polecam ją każdemu. Naprawdę warto zobaczyć, jak różne poletka sztuki wpływają na siebie przy okazji się inspirując.


Wrocław
» THE BLACK DAHLIA MU... (21.01) » The Dubliners         (01.03)
» U.K. SUBS/ the Vibr... (18.01) » Australian Pink Flo... (31.01)
» The Black Dahlia Mu... (28.01)
© 2009 Wrocławska Sekcja Alternatywna. - wrocław, koncert, imprezy, zespoły. Wrocławski portal sceny alternatywnej - punk, ska, rock, reggae, metal.

powered by jPORTAL 2