Start Patronat Kapele Galeria Linki Kontakt    
szukaj:

Masa Krytyczna Wrocław
Menu główne
Strona Główna
Redakcja
Współpraca
Działaj z nami
Idea działania
Patronat
Bannery
Linki
Kontakt
WSA
Galeria
Artykuły
Polecamy miejsca
Konkursy
Kapele
Inicjatywy
Altergodzina
Food Not Bombs
Kuchnia społeczna
Sprawiedliwy Handel
Bazar Ekologiczny - Krótka Droga
Klub Dyskusyjny (video)
Przekręt TV
Kino CRK
Przekręt TV
Globale
Masa Krytyczna
Rowerownia CRK
Kurierzy Rowerowi
Wrocławska Inicjatywa Rowerowa
Stowarzyszenie Akcja Lokatorska
Feministyczna Akcja Krytyczna
TZMPolska - Ruch Zeitgeist
Greenpeace
Stowarzyszenie "Kejos"
Odzyskać Edukację
Krytyka Polityczna
Dziad Giełda
Związek Syndykalistów Polskich
Interdyscyplinarna Grupa Gender Studies
Towarzystwo Opieki Nad Zwierzętami
Sitodruk
Recykling Idei
Radio Sitka
CRK
Amnesty International
16 Dni
Artykuły
Akcje/Demonstracje
Miasto
Recenzje imprez
Wywiady / Zespoły
Newsy
Koncerty
Imprezy klubowe
Kino
Sztuka
Akcje/Demonstracje
Miasto
Wydawnictwa muzyczne
Newsletter

 
 Format HTML?
 Format TXT?
Artykuly > Recenzje imprez > Energia Dźwięku (dzień 2)
Drugiego koncertowego dnia Energii Dźwięku organizatorzy postawili, może się wydawać, na pogodniejszą nutę. Bardziej tradycyjnie, po słowiańsku, zabrakło już szalonych japońskich krautrockowców, szalonych eksperymentów... Dostaliśmy energię w zupełnie innym wydaniu i, choć przebrany za księdza wokalista Joint Venture Sound System uparcie wykrzykiwał: "Energia sztuuuki!", to nie miało to znaczenia. Ludzie pod sceną wiedzieli swoje, i pomimo małych nieporozumień dostali to, czego się spodziewali: prawdziwie energetyczną dawkę żywych dźwięków. Muszę tutaj wspomnieć o frekwencji, bo mam wrażenie, że w sobotni wieczór w Puzzlach zrobiło się jakby tłoczniej. Ta impreza przyciągnęła publiczność o nieco innych gustach, nastawionych przede wszystkim na bezpretensjonalną nutę i dobrą zabawę (niczego nie ujmując japońskim szalonym krautrockowcom).


fot. Anna Luchowska

Niemałą rolę odegrali tutaj liderzy znanych zaangażowanych składów, tj. Moskwa, Dezerter, Kapela ze wsi Warszawa. Lider tego ostatniego, Maciek Szajkowski, wpadł na pomysł, by z zakurzonych archiwów wygrzebać archaiczne pieśni robotnicze, pieśni buntu chłopów przeciwko feudalnemu systemowi wyzysku. Szajkowski odwiedzał polskie wsie i ich wiekowych mieszkańców, którzy – jak się okazało – mieli wiele do powiedzenia na temat swoich przodków, którzy niczym niewolnicy pracowali dla dworskich folwarków. Tak powstała R.U.T.A. czyli Ruch Utopii, Transcendecji, Anarchii lub Reakcyjna Unia Terrorystyczno-Artystowska. We Wrocławiu pojawili się w rozbudowanym składzie, choc bez lidera Lao Che, Spiętego. Szkoda. Wystąpili za to m.in. Barnaba Świątek, Infamia Kosa, Nyga Mamuna, Harry Pohybel Watażka, Ronin czy Banita Madej. Bez zagłębiania się w to kto jest kim, bo to bez większego znaczenia (o muzykę przecież chodzi!), oto co nastąpiło.

Na scenę wszedł słowiański hipis w sandałach i skarpetach, po czym rozpoczął melancholijną balladą na skrzypce. Po chwili dołącza do niego reszta i już robi się ostro, robi się gorąco! To "Pieśni Buntu i Niedoli"! Kolejno usłyszeliśmy chyba wszystkie kawałki z debiutackiego krążka: "Gore", "Szubieniczka stoi", "Ksiydza z kazalnicy zrucić"... i w tym momencie na scenę wbiega Xiądz Maken z Joint Venture Sound System. "Ksyindza z kazalnicy zrucić! Ano dać mu cynżkie cepy, do stodoły młócić!". Xiądz jest w sutannie, co wywołuje niemal dziką ekstazę i nagle wszyscy chcą tego biednego księdza z kazalnicy zrzucić. Śpiewamy "Wielebny bracie", a nad nami unoszą się skrzypce barokowe, kontrabas, klarnet basowy, fidel płocka, bębny kokosy... Do supergrupy dołączają wokale: Guma z kultowej Moskwy i Robal z Dezetera. Jest taniec pod sceną, fruwają części garderoby - podoba się! A na bis wiersz Rafała Wojaczka. Chłopski punk daje radę.


fot. Anna Luchowska

Chwila oddechu... i wystawiając na próbę naszą cierpliwość, rozkładają się Karpaty Magiczne. Ostatnio uparcie każą nazywać się Magic Carpathians, jednak wydaje się to jakieś takie pretensjonalne. Pewnie chodzi o promocję, ale do mnie to nie przemawia. Gdzie te słowiańskie korzenie? Co ciekawe, "Gazeta Wyborcza" dowcipnie zareklamowała ich występ na festiwalu: "Zespół Karpaty Magiczne przygotował projekt R.U.T.A". Bez komentarza. Tak więc, wciąż się rozstawiają. Marek Styczyński, Anna Nacher i Andrzej Widota. Wyglądają na skupionych. W końcu Styczyński podchodzi do mikrofonu i, zagłuszony gwarem klubowego towarzystwa, zapowiada swój występ. Nie przepadam za takimi oficjalnymi prezentacjami przy tego typu projektach, ale cieszę się, że przynajmniej pomiędzy kolejnymi transowymi eksperymentami nie słyszeliśmy zapowiedzi kolejnych utworów. Towarzystwo potrzebuje chwili, by wyłowić fakt, że coś się zaczęło. A zaczęła się kontemplacyjna podróż po krainach tradycyjnych dźwięków, plus zabawa wynalazkami techniki.


fot. Anna Luchowska

Pojawiają się więc: fujara detwiańska, trąbita huculska, tenorowy flet prosty, burdonowe urządzenia elektroniczne Radel, trąbka sygnałowa, trąba modrzewiowa (Styczyński), śpiew gardłowy, gitara elektyczna, sample – odgłosy przyrody (Nacher), loopy, kolejny wokal (Widota). W jednej z zapowiedzi koncertu można wyczytać, że będzie on inspirowany m.in. Tybetańską tradycją bon i ogólnie buddyzmem tybetańskim. To słychać: przeciągające się, jakby zapętlone mantrujące wokale. Dzwoneczki, flety, momenty kontemplacyjnej ciszy, świergot ptaków. Ale jest też organiczny noise. Tak właśnie, organiczny! Bo przywodzące na myśl najbardziej pierwotne skojarzenia, instynkty – elektroniczne dźwięki, które doskonale wtapiają się w zabawę dźwiękami zebranymi w różnych rejonach świata: Karpaty, Bałkany, Tybet... Jedyne, co burzy mi tą transową podróż to – jak zwykle – pojawiające się okazjonalnie angielskie wokale Nacher. Oczami dźwiękowej wyobraźni widzimy więc na przykład "faces of passing people". To zupełnie tutaj nie pasuje, ale nie ważne. Trwa bowiem właśnie niekończący się niczym w półśnie trans na gitarę, zwierzęce sample, a nagle też i ścianę stłumionego noise'u. Oglądam się po sali i widzę zamknięte oczy, kiwających się do subtelnego rytmu ludzi... Czuło się ducha improwizacji, czuło się, że to płynie skądś głębiej. Nawet jeśli nie zawsze są w stanie porwac publicznośc. Za to zawsze zastanawia mnie skąd ta świeta powaga?

Pełne skupienie, uśmiech pojawia się dopiero za kulisami. Styczyński, zaczepiony przed występem przez rozwrzeszczanego młodego wrocławskiego artystę, macha na niego ręką. Podchodzi do swojej muzyki ze święta celebracją. Podoba mi się to, są autentyczni, choc wysoko ponad ziemią. Jak donosi na swoim blogu Marek Styczyński, ekipa Karpat zachwyciła się wrocławską publicznością, podobno fantastyczną bezstresową atmosferą organizacji imprezy i samymi uroczymi organizatorami, oraz naszym Ogrodem Botanicznym, dzięki któremu ponoć zasługujemy nawet na miano Europejskiej Stolicy Kultury.


fot. Anna Luchowska

Ku mojemu zdziwieniu (jak i ku zaskoczeniu co niektórych artystów), gwiazdą wieczoru okazał się Joint Venture Sound System. Szybko jednak okazało się dlaczego. Działający od 1988, najstarszy polski sound system z powodzeniem rozbujał publiczność, lekko ospałą po transie na pograniczu jawy i snu, w jaki wprowadziły nas Karpaty. Mimo wątpliwości osób, które twierdziły, że "nie potrafią tańczyc do reggae" i nie do końca podzielają tą estetykę muzyczną, to jednak wesołe rytmy reggae dub, drum'n'bass, mroczne ethno-techno, trochę electro plus azjatyckie wpływy i indyjskie motywy zaniosły wszystkich na parkiet. Za konsolą DJ Bass Reprodukktor Xiądz Maken czyli po prostu facet lubiący reprodukowac bass w sutannie. Już gdy wparował na scenę podczas występu R.U.T.Y wzbudził szaleństwo i zapanowała ogólna wesołość. Co jest takiego w twórcach reggae i pochodnych, którzy lubią parodiować kleryków?

Parę lat temu na koncercie z serii Wrock for Freedom (dla Tybetu? Białorusi?) pierwszy raz zobaczyłam gościa w ornacie, który jechał ze swoim soundsystemem po podobnej nucie... Byc może był to właśnie Joint Venture, albo jeszcze inna ekipa? Odbiór w każdym razie identyczny. Drugi twórca tego parkietowego szaleństwa to Aktywator Przestrzeni Dziura vel Mario Dziurex, dzięki któremu dostaliśmy psychodeliczne sample, pogłosy i inne przyjemne wytwory elektroniki. Energia, jaką wytworzyli tego wieczoru mogłaby zasilic pokaźnych rozmiarów elektrownię. Dziwne, że jeszcze nikt nie wpadł na pomysł zastąpienia atomu energią produkowanym przez uczestników koncertów Joint Venture Soundsystem. Odnawialną najwyżej piwkiem czy skrętem.

Nie wiem, do której trwała ekstaza, bo musiałam się zmywać, ale inni goście też już powoli wędrowali w stronę wyjścia. Słyszałam, że na poprzednich edycjach Energii Dźwięku bywało różnie. Wiem na pewno, że po festiwalu w tym wydaniu postanowiłam co roku tu bywać, ciekawa czym za rok uraczy nas Industrial Art. Sam pomysł na wydarzenie jest - jak na warunki wrocławskie i nie tylko – wyjątkowy, przyciąga twórców o zróżnicowanej wrażliwości muzycznej, o których mało kto jeszcze do Wrocławia zaprasza. Nawiasem mówiąc, organizatorzy już zapraszają na listopadowy Industrial Festival, a Karpaty Magiczne zapowiadają, że będzie ciekawie, będzie coś nowego. Ja tam będę! Kto ze mną?

Anna Luchowska

© 2012 Wrocławska Sekcja Alternatywna. - wrocław, koncert, imprezy, zespoły. Wrocławski portal sceny alternatywnej - punk, ska, rock, reggae, metal.

powered by jPORTAL 2