Nad wyraz popularnym, ostatnimi czasy, zestawem instrumentalnym jest duo gitarowo-perkusyjne. Po niedawnych koncertach Pneu, Sabot, Woody Alien (tu gitara basowa) czy, w szerszym okręgu obszarowym, Lightning Bolt, przyszedł czas na Dyse. Tych dwóch Niemców pojawiło się w Firleju w towarzystwie Nowozelandczyków z Gerda Blank.

fot. Paweł Giergisiewicz
Przy koncertach, które nie obfitują w dużą ilość muzyków i nie zapowiadają ogromnej publiczności, Firlej rozstawia sprzęt na parkiecie, między ludźmi, nie na scenie. Rozwiązanie uważam bardzo słuszne, ponieważ nie tworzy się tak znaczy dystans pomiędzy publicznością i muzykami.
Foto: Dyse & Gerda Blank w Firleju
Na początku zaszła zmiana, Dyse zagrali jako pierwsi, ponieważ suport nie dojechał na czas do Wrocławia. Niemcy zaprezentowali set kilkunastoutworowy, będący melanżem stylistycznym. Nie wolno im zarzucić nudziarstwa. Z jednej strony sprzężeniowy hałas, z drugiej proste punkowe utwory. Nie zabrakło też agresywnych i ciężkich, około sladżowych momentów. Próby kilkukrotnego nawiązania dialogu z publicznością nie przyniosły wielkich efektów, ale urozmaicały występ. Do tego urocze historyjki o stanie polskich chodników sprawiały, że cały występ był świetnie odebranym koncertem i nic do zarzucenia tym panom nie mam. Niestety niezbyt wielka frekwencja mogła być nieco pesząca. Z pewnością dla Gerdy Blank, na której pozostało nie więcej niż 10 osób, z tendencją do wychodzenia w trakcie grania.

fot. Paweł Giergisiewicz
Tutaj set trwał około godziny. Stylistyczne odejście od mocnego grania nie przeniosło się na zainteresowanie publiczności. Dwaj faceci, na codzień mieszkających w czeskim Brnie, grali skrzyżowanie amerykańskiego latin-rocka z bluesem. Cały czas przewijały się gitary, które od razu kojarzyły się z Los Lobos, podobnie w sferze wokalnej. Inspiracja, jak dla mnie, doskonała, ale jako towarzysze Dyse się nie sprawdzili. Sfrustrowany wokalista na koniec występu opuścił swoje miejsce przy wzmacniaczu i zaczął noisową jazdę, jakiej nie mieli nawet wcześniej grający Niemcy. Niezidentyfikowane dźwięki wokalne, uruwanie strun, jeżdżenie mikrofonem po gryfie, tarzanie się po ziemi. Niestety, ten fakt mogły zobaczyć tylko trzy osoby, które pozostały na sali.
Paweł Giergisiewicz |