Wrocław wiosną rozkwita i w przyrodzie i artystycznie. Gama rozrywek z wyższej półki rozbudza nasze zmysły tak, że chcemy więcej i więcej i więcej podniet. Festiwale, zbliżające się Juwenalia, kontakt z przyrodą na Wyspie Słodowej... Ale obok miejskiego zgiełku i mega-wydarzeń dzieją się jeszcze małe, intymne msze sam na sam z muzyką.
Wagon rozkwitł tego wieczoru egzotycznym, pokręconym, dzikim kwiatem. Po rozgrzewce w wykonaniu I.V. Lab, który na żywo tworzył muzykę pod nastrój wizualizacji, Audrey Chen, zaczarowała atmosferę. Dziwaczne zabiegi głosowe przenikały dogłębnie, stawiając dęba włosy na karku. Rozstrojona wiolonczela wibrowała gdzieś wewnątrz mózgu. Artystka jak w ekstazie dokonywała eksperymentów z instrumentem, samplerem i swoim głosem. Bez granic. Pomagały nawet wibrujące urządzenia do masażu, które wędrowały po strunach i pudle rezonansowym wiolonczeli. Głos Audrey na bardzo długo wżyna się w pamięć. Wszystkie zmysły skupione miałam tylko na nim. Psychodeliczna kakofonia dźwięków. Jak modlitwa do nieznanego boga.
Wouter Jaspers zaczął swój performance muzyczny od gawędy. Krótkiej, smutnej, autentycznej. Podobnej do samej jego muzyki. Bardziej symfonicznej, statycznej i mniej egzaltowanej. Jego mroczna elektronika przyniosła nastrój nocy do Wagonu. Nocy skupionej, ale niespokojnej. Dawała podejrzane poczucie bezpieczeństwa, jak sceny opadającego napięcia w thrillerze. Była idealna do zatopienia się w wagonowej loży. I zatopienia myśli noir w szklance wódki blanc.
Foto: Audrey Chen & Wouter Jaspers [Wagon]
Eksperymentalna muzyka elektroniczna (elektroakustyczna również, a może i nawet bardziej) uderza zawsze w najgłębsze, najbardziej skryte emocje. I nie da się mówić o niej subiektywnie. I choć w klubie, przeżywa się ją w samotności. Indywidualnie. Nie wszystkim odpowiada takie zaprzeczenie spontanicznej wspólnotowości podczas koncertów... I może dlatego publiczność w Wagonie nie dopisała. Może wiosna hormonów sprzyja tłumom. Ale czasem warto zostawić tłum gdzieś daleko i oddać się metafizycznej przyjemności. Warto przeżyć takie sam na sam z muzyką.
Dag von D. |