Archive to projekt, który w swojej muzyce łączy elementy trip-hopu, post-rocka, rocka neoprogresywnego w elektronicznych aranżacjach. Powstali w 1994 roku, mają na koncie 7 albumów studyjnych i 3 koncertowe. Swoją popularność w Polsce zdobyli hitem pt. „Again”, który na liście radiowej trójki utrzymywał się przez 79 tygodni. Od tego momentu odwiedzili nas już kilkakrotnie. W minioną sobotę, Wrocław miał zaszczyt gościć brytyjską grupę, która zawitała do naszego miasta w ramach trasy koncertowej „Controlling Crowds”.

fot. Kamil Downarowicz
Koncert planowany na godz. 20 rozpoczął się od występu suportu o nazwie Birdpen. Supportu nie byle jakiego, bo Birdpen tworzą muzycy na stałe współpracujący z Archive. Dave Pen jest jednym z 3 wokalistów zespołu, natomiast Mike Bird pomaga w przygotowaniach technicznych do każdego z koncertów. Birdpen doskonale rozgrzał publiczność przed występem głównej gwiazdy. W ich muzyce słychać wyraźne inspiracje twórczością Sigur Rós, Depeche Mode oraz Arcade Fire. Szczególnie przypadł mi do gustu utwór „Off”, będący odskocznią od wcześniejszych, bardziej stonowanych numerów.
Około godz. 21, poprzedzony kilkunastoma minutami oczekiwania wśród licznych gwizdów i oklasków, wyszedł na scenę upragniony Archive. Pierwsze dźwięki koncertu należały do „Pills”, które zapowiedziały, że później może być tylko lepiej. Ku mojemu zdziwieniu, na scenie ukazała się Maria Q, która nie pojawiła się na koncercie w Warszawie, jednak my mieliśmy z tego względu więcej szczęścia. Bez jej delikatnego, hipnotycznego wręcz głosu, nie zostałaby postawiona kropka nad „i”.

fot. Kamil Downarowicz
Następnie zespół zagrał „Sane”, który sprowadził mnie na ziemię i zaproponował zupełnie inne, aczkolwiek nadal niecodzienne emocje. Pierwszym zagranym muzycznym tasiemcem był „Finding it so hard”, który wprowadził publiczność w prawdziwy, muzyczny trans. Ciągłość tego stanu zapewnił dalej najpiękniejszy fragment ostatniej płyty „Collapse/Collide” . I znów Maria w roli głównej. I znów cisza na sali. I znów jeden z najbardziej magicznych momentów podczas całego koncertu... Następnie na scenie znów pojawił się Rosko, który przekonał mnie do siebie po Bastardised Ink.

fot. Kamil Downarowicz
W dalszej części koncertu wybrzmiało energetyczne „Kings of Speed” oraz „Fuck U” z dającym upust emocjom refrenem. „Dangervist” przyniósł ze sobą jeden z najmocniejszych punktów wieczoru. Niezwykle refleksyjny początek utworu nie zapowiadał aż tak ogromnej eksplozji dźwięków.

fot. Kamil Downarowicz
Na szczególną uwagę zasługuje tu fenomenalna perkusja Smiley'a. Wykrzykujący „feel, trust, obey" Pollard przeszedł samego siebie, umiejętnie balansując pomiędzy depresyjnym a buntowniczym krzykiem rozpaczy. Kończący pierwszą część koncertu utwór „Lights” znów wprowadził publiczność w prawdziwie odrealnioną przestrzeń. Po mistrzowskim wykonaniu monumentalnej kompozycji nic dziwnego, że na „bis” grupa zagrała aż 4 utwory. Znalazł się w tym mój ulubiony kawałek z ostatniej płyty-„Bullets”, przed tym „Controlling Crowds”, entuzjastycznie przyjęty „Pulse” oraz kończący koncert „Quiet time” .
Foto: Archive w WFF we Wrocławiu.
Koncert Archive był dla mnie (choć podejrzewam, że nie tylko) dawką niezwykłych emocji, a także odskocznią od codzienności. Dopełnieniem muzycznych wrażeń były psychodeliczne wizualizacje, które ukazywały się za plecami zespołu, nierzadko mając wpływ na jeszcze lepszy odbiór muzyki. Muzycy i fani Archive sprawili, że we wrocławskiej WFF utworzył się niesamowity klimat, nieczęsto spotykany na koncertach.
Po sobotnim występie Archive pozostały żywe ciągle wspomnienia i przeświadczenie, że Wrocław potrzebuje więcej takich koncertów…
Joanna Wojtacha
Setlist:
1. Pills
2. Sane
3. Finding It So Hard
4. Razed To The Ground
5. Collapse/Collide
6. Bastardised Ink
7. Kings Of Speed
8. Fuck U
9. Lines
10. Blood In Numbers
11. You Make Me Feel
12. Dangervisit
13. Lights
Encore:
14. Controlling Crowds
15. Bullets
16. Pulse
17. Quiet time |