Artykuly > Recenzje imprez > Annihilator w Alibi (16.11)

Wiadomość o przyjeździe legendy kanadyjskiej sceny metalowej do Wrocławia podekscytowała wiele osób. Występ Annihilator 16 listopada wypełnił klub Alibi po brzegi. Zespół przyjechał do Polski na trzy koncerty (wcześniej kwartet wystąpił w Gdańsku i Poznaniu) w celu promowania swojego najnowszego longplaya pt. "Suicide Society".

Zespół sławę zyskał już po wydaniu pierwszej płyty w 1989 roku. "Alice in Hell" to krążek, który zna doskonale każdy fan thrashu, a drugi numer zatytułowany "Alison Hell" jest jednym z najpopularniejszych utworów tego gatunku. Kolejne płyty przynosiły jeszcze większe sukcesy. Na czwartej płycie zatytułowanej "King of the Kill" w rolę wokalisty po raz pierwszy wcielił się lider zespołu Jeff Waters. Na kolejnych albumach śpiewali inni, ale właśnie na ostatnim wydawnictwie po 21 latach Waters znów stanął przy mikrofonie i pokazał na co go stać.

Jeff Waters od zawsze miał opinię człowieka trudnego we współpracy. Wystarczy spojrzeć na niekończącą się listę byłych członków grupy. Często był w tej kwestii porównywany z frontmanem Megadeth - Dave'em Mustiane'em. Dziwić więc może, że Dave i Jeff są tak bliskimi przyjaciółmi, ale najwyraźniej trudne charaktery znoszą się łatwiej.

Wszedłem do klubu pewien, że jestem przed czasem, ale jak się okazało trzeba było rzucić w pośpiechu kurtką w twarz szatniarzowi i pędzić pod scenę, bo koncert już się zaczynał. Najwyraźniej zespół chciał ruszyć w dalszą trasę jak najprędzej. Początek spektaklu więc spędziłem na zażartej walce z tłumem, by dostać się po scenę. Poszkodowanych przepraszam.

Annihilator oczywiście przyjechał do Europy promować swoje najnowsze dziecko, więc nie zabrakło m.in. tytułowego "Suicide Society", ale uhonorował swych polskich fanów prawdziwym the best of. Oczywiście zagrali "Alison Hell", klubem wstrząsnął także z tego samego krążka potężny thrashowy kolos pt. "W.T.Y.D". W głowach zakręcił niespotykanie skomplikowany "Braindance", podczas którego muzycy pokusili się o żart; w połowie piosenki przestali grać. Po krótkiej przemowie Watersa zagrali żartobliwy utwór z płyty "Carnival Diablos" pt. "Chicken & Corn"... po czym bez słowa zakończyli przerwany wcześniej utwór. Publiczność wyła ze radości! Ciekawy zabieg wykorzystali również podczas utworu "No Zone" - wówczas w roli wokalisty wykazał się basista, Rich Hinks. Nie wypadł tak dobrze jak Jeff, ale jednego z moich ulubionych utworów nie położył.

Koncert kipiał energią, Jeff Waters bardzo dużo przemawiał do swoich fanów, chętnie żartował. Annihilator ponadto powinien stanowić przykład dla wszystkich półprofesjonalnych kapel narzekających na małe sceny. W Alibi scena jest przecież nieduża, a mimo to każdy muzyk biegał i skakał niemal bez przerwy. W kwestii nagłośnienia: mogło być lepiej, ale źle nie było. Tak naprawdę dopiero przy mniej selektywnych, bardzo szybkich wyścigach riffów gitarowych odnosiłem wrażenie, że nie brzmi to tak jak powinno.

Na pewno znajdą się tacy, którzy nie mogli być na koncercie, a bardzo chcieli. Dla tych mam do powiedzenia tylko jedno: nie dajcie ciała następnym razem, gdyż Annihilator na żywo jest wprost obłędny!

Grzegorz Kolasiński