| Artykuly > Recenzje imprez > „Chłopie, trzymaj te włosy!” - czyli rzecz o koncercie Żywiołaka w Łykendzie |
 |
Niedzielny koncert miał być dla mnie jedną wielką niespodzianką – 14. marca wybrałam się do nieznanego mi wcześniej wrocławskiego klubu Łykend, by po raz pierwszy posłuchać na żywo muzyki biometalowej kapeli Żywiołak.
Muszę przyznać, że pierwsze zderzenie z rzeczywistością było dość brutalne: kiedy dotarłam na miejsce, moim oczom ukazał się widok dość długiej, ale za to bardzo wąskiej sali wypełnionej po brzegi... stolikami. Gdybym nie wiedziała, kto tej nocy zagości na scenie, strzelałabym, że ma być to zespół szantowy (widok siedzących przy stolikach i pijący piwo długowłosych panów utwierdziłby mnie tylko w takim przekonaniu). Postanowiłam jednak przemknąć między stolikami i przebić się pod scenę, gdzie już powolutku zaczynali ustawiać się fani spragnieni nie piwa, ale mocnych wrażeń.

fot. Anna Luchowska
Nie minął kwadrans, kiedy w głośników popłynęły pierwsze dźwięki „Wojownika”, zaraz po nim w stronę publiki poszybowały „Latawce”. Choć od momentu rozpoczęcia koncertu pod sceną zgromadziła się już naprawdę spora gromada, stoliki w magiczny dla mnie sposób (bo niezauważone) wycofały się z pola walki pod sceną, a ludzie zaczęli już „wkręcać się” w klimat, to nadal coś tam nie grało... a mówiąc ściślej – nie brzmiało. Po kilku piosenkach i serii zmagań akustyka z dźwiękiem, który najpierw bombardował bębenki naszych uszu trzaskiem z głośników, a później przygasł do tego stopnia, że członkowie zespołu musieli poprosić o pomoc i podregulowanie głośności – zaczęło się.
Kiedy już wygłodniała wrażeń publiczność nasyciła się trochę mrokiem „Ballady o głupim Wiesławie”, zaczęły się prawdziwe gusła. „Czarodzielnica” wywołała „Dybuka” a ja pod sceną mogłabym przysiąc, że czułam gdzieś zapach ogniska i słyszałam szum lasu. „Chłopie, trzymaj te włosy” - dało się słyszeć na sali.
„Smichy, hihy, plasy dąsy. / Hece draki, rozgardiaki. / Południce odmiennice. / Lel i Polel ida w tan.” („Czarodzielnica”). Szaleńcze „harce” pod sceną ustały już później tylko dwukrotnie. Drugim momentem był oczywiście koniec koncertu. Pierwszym – ukraińska pieśń wyśpiewana białym głosem (choć bardziej tu pasuje wschodnie określenie „wielki głos”) przez utalentowane wokalistki. Kiedy muzyka ucichła a obie dziewczyny otworzyły usta, kilku gościom opadły zapewne szczęki. Brałam kiedyś udział w warsztatach śpiewu tradycyjnego i muszę przyznać, że chyba tylko nieznajomość tekstu powstrzymała mnie od zaśpiewania z nimi - tak porywająco brzmiały czarowne głosy wokalistek. Podejrzewam jednak, że osoby stojące na końcu sali nie odniosły tego samego wrażenia, bo, jak odkryłam w czasie bisów, pod barem nie dało się zrozumieć o czym śpiewają muzycy, ani też usłyszeć o czym mówią w przerwach pomiędzy utworami (a rodzynki typu: „jesteście nie do wyj***nia” padły w trakcie koncertu kilkakrotnie).
Foto: Żywiołak w klubie Łykend
Choć sam zespół zrobił na mnie piorunujące wrażenie na żywo i wiem, że to nie był mój ostatni koncert Żywiołaka, to prawdopodobnie był to mój ostatni koncert muzyków w tak malutkim lokalu. Pogo pod sceną to pomysł dla odważnych, ale do zrealizowania. Kiedy jednak po lewej widzimy głośnik a za sobą krzesła i stoliki obstawione kubeczkami z piwem, to jednak widok szalejących ludzi którzy wymachują nam kończynami przed nosem, przywodzi na myśl wspomnienia przebytych kontuzji i wizje nowych.
Niemniej jednak koncert zaliczam do tych bardzo udanych, a sam lokal wpisuję na listę miejsc, w których można usłyszeć muzykę wyjątkową, bo jak inaczej nazwiemy kombinację folku, metalu i magicznych zaklęć?
Konstancja |
 |
| |
|
|
|
|