Maraton przez Metropolis
Wrocław przez pięć listopadowych nocy tętnił od futurystycznych brzmień muzycznej awangardy. Po raz ósmy fani szeroko pojętego industrialu spotkali się na jednym z najważniejszych festiwali tego typu w Europie (a może i na świecie). Od dark ambientu, przez noise, post-industrial, aż po obszary graniczące z estetyką rave’u Industrial Fest przeprowadził nas przez mechaniczną przestrzeń współczesnej muzyki.
Cztery magiczne miejsca – BWA Awangarda, Galeria Entropia, Sala Gotycka i CRK – stały się emocjonalnym epicentrum Wrocławia. Wyjątkowy klimat tych miejsc podkreślał niszowy charakter festiwalu. BWA i Sala Gotycka przy ul. Purkyniego nastroiły mnie do mistycznego przeżywania muzyki; w wysokich, krzyżowo sklepionych salach czuło się wiszące w powietrzu sacrum, jakby sama Polihymnia przenikała, jak wi-fi przez ceglane ściany. Entropia i CRK dały mi za to poczuć smak brutalnego, zimnego undergroundu. I sama nie wiem co podobało mi się bardziej…

fot. Michał Michałczak
Cykl otworzył występ wrocławskiego składu z Monachium – Stupor (www.myspace.com/stuporarts). Od razu wrzucono wszystkich na głęboką wodę audiowizualnej sieczki. Ciężkie, noisowe rytmy i psychodeliczna wizualizacja z ciałem ludzkim poddanym promieniowaniu RTG w roli głównej wdrożyły publikę w klimat festiwalu. Zanim zdążyłam się przyzwyczaić, ze swoim projektem wystąpił Rapoon (www.myspace.com/rapoonband). Całkiem odmienny. Dojrzały i dopracowany ambient oraz taneczny performance z kadzidełkami ukołysały wszystkich na fali pozytywnej energii.
Najważniejsze wydarzenia festiwalu odbyły się w Sali Gotyckiej. I to właśnie tutaj przyciągnęło fanów kultury alternatywnej z różnych stron świata. To tutaj, przy okazji koncertów, zawiązywały się międzynarodowe (ale też lokalne) przyjaźnie i sympatie. Trafiał swój na swego, jak mawiają. Osobliwe i ciekawe indywidua przełamywały stereotyp, że ludzie odbiegający aparycją od mainstreamu to przypadki socjopatyczne. Mimo że festiwal był tak zróżnicowany muzycznie, nie odczuwało się żadnych wewnętrznych podziałów. Ewentualnie alter-moda mogła podpowiadać kto, dla jakiego projektu przyjechał do Wrocławia (ale to już moje kulturoznawcze zboczenie).

fot. Michał Michałczak
Niekwestionowaną gwiazdą festiwalu było zdecydowanie Psychic Tv [aka. PTV3 (www.myspace.com/ptv3)]. Reaktywowana w 2003 r. grupa dała dwugodzinny, charyzmatyczny do ostatniej sekundy koncert. Genesis P-Orridge zaśpiewał m.in. „New York Story”, „Unclean”, „Higher and higher” i “Trussed” z wizualizacją swojej płciowej transformacji w tle. Wszyscy dali się im porwać. I właśnie na takie wydarzenia warto czekać cały wieczór. Psychic Tv jest jedną z tych grup, których koncerty są niepowtarzalnym przeżyciem. I próżno szukać tych emocji na płytach CD. PTV3 na żywo po prostu brzmią inaczej, o niebo lepiej.
Duże wrażenie wywarł na mnie również występ zespołu Savage Republic (www.myspace.com/savagerepublic). Ten amerykański post punkowo-eksperymentalny zespół pokazał na scenie prawdziwą siłę instrumentów. Siłę muzycznej wibracji. Mocne basowe uderzenie, przestery, szaleńczy wokal i solo na beczce (szkoda tylko, że nie na płonącej) nikogo nie mogło pozostawić obojętnym.
Drugą gwiazdą wielkiego formatu był rosyjsko-angielski duet Soisong (www.myspace.com/soisong). Doświadczeni muzycy prezentują projekt muzyczny xAj3z, którego nie da się zaklasyfikować do jednego, konkretnego gatunku muzycznego. Ich industrialne show zostało przyjęte przez publiczność wyjątkowo entuzjastycznie.

fot. Michał Michałczak
Mona Mur & En Esch (www.myspace.com/monamurenesch) zaprezentowali mroczny, industrialny show, który podkreślił zróżnicowanie muzyczne festiwalu. En Esch pokazał post-punkowe hity Mony Mur w elektronicznej aranżacji, doprawionej loopami, ciężkim basem, dźwiękiem organów i przesterowanych gitar. Do tego tajemniczy, kabaretowy klimat. Każdy znalazł coś dla siebie.
Tradycyjnym, industrialnym instrumentarium zaczarował nas projekt Illusion Of Safety Daniela Burke’a (www.myspace.com/illusionofsafety). Przyjęty z dużym entuzjazmem po dość chaotycznym i neurotycznym występie zespołu Akimbo (www.myspace.com/akimboindustrial). Kolaż basów i duży ładunek emocjonalny Illusion Of Safety wystarczył, aby publiczność zawibrowała. Burke poprzez swoją improwizację muzyczną stworzył psychiczną więź z publicznością i naładował wszystkich dozą pozytywnej, wibrującej jak seks energii.
W podobnym klimacie, choć o niebo mroczniej zaprezentował się w trzecim dniu festiwalu Gwenn Trémorin w projekcie Flint Glass (www.myspace.com/flintglass). Jego eksperymenty z dark ambientem przerodziły nieco pasywny show w ciemny dreszczowiec. Gwenn wystąpił w skórzanej masce Davy’ego Jonesa, z wizualizacją niemych wersji z lat ‘20 „Dzwonnika z Notre Dame” i „Upiora w operze” w tle.
Na festiwalu muzyki industrialnej nie mogło zabraknąć pił, rur, blach, beczek, wiertarek, ani anten. Wszystko to przyniosła ze sobą na scenę grupa Gerechtigkeits Liga (www.myspace.com/gerechtigkeitsliga). I choć muzyka nie była porywająca, to można było z niewymuszonym zainteresowaniem poobserwować multum sposobów wykorzystania ciężkich, blaszanych sprzętów. Zamiast wyrzucać, lepiej założyć zespół…

fot. Michał Michałczak
Angielski projekt Knifeladder (www.myspace.com/knifeladdermusic) specjalnie mnie nie zachwycił. Kontrowersyjnie wyglądający panowie w skórzanych fartuchach z towarzyszącą im diwą gitary zaprezentowali coś z pogranicza estetyki dark folku.
Polskę podczas głównego koncertu w Sali Gotyckiej godnie reprezentował skład Prawatt (www.myspace.com/prawatt). Tercet w sutannach przed analogową aparaturą odprawił muzyczne nabożeństwo za duszę świętej pamięci industrialu. Zespół zaanonsował po swoim występie, że czuje się oszukany przez świat muzyki. Bo industrial umarł. Czym skonsternował nieliczną publiczność pod sceną.
Ostatni dzień festiwalowy w CRK wzbudził we mnie ambiwalentne uczucia. Najpierw wielka obsuwa w czasie, co mnie zirytowało, bo było zimno, a słowa „Jeszcze 10-15 minut” słyszałam chyba ze sześć razy. Później psychodeliczny performance zespołu Krew Z Kontaktu (www.myspace.com/zkontaktu) zgwałcił mnie intelektualnie. Duet w pończochach na głowie, sztormiakach i białych kitlach pod spodem, dał maniakalny show między kilkoma odbiornikami tv, wykorzystując miksery i żelazny łańcuch. Na ekranie wyświetlali przy okazji niskobudżetowe, niemieckie gore. Strach się bać. Ale z każdą chwilą spędzoną w CRK było coraz lepiej. Undergroundowy klimat squatu był wprost idealny dla estetyki festiwalu. Zimne, surowe przestrzenie i kolorowe graffiti – a wszystko w samym centrum miasta.

fot. Michał Michałczak
Następny zagrał Infamis (www.myspace.com/darkinfamis). Jego mroczny, elektroniczny występ postawił nam włosy dęba. Ale nie ze strachu. Potężne basy i ciężkie dźwięki generowane przez tajemnicze pudełka poruszały wszystkimi atomami w pomieszczeniu. Na całość składały się futurystyczne zapisy dźwiękowe z przestrzeni kosmicznej i sygnały dźwiękowych, które można zapewne usłyszeć w bazie NASA.
Na deser dwa czeskie składy Kotel#26 (www.myspace.com/kotel26) oraz Yarrdesh (http://orbitalbombardment.org). Imponujące instrumentarium (blachy, rurki, dziwne kompozycje oraz wiertarki) i dysharmoniczną linią instrumentów.
Wrocław Industrial Festival to inicjatywa jak najbardziej zasługująca na wsparcie. Pomaga muzyce alternatywnej wydobyć się z niszy niezrozumienia spowodowanego nieświadomością tego zjawiska. Co więcej, to piękne przeżycie wzbogaca człowieka o hedonistyczną satysfakcję z muzyki, odbieranej indywidualnie. Różnorodność festiwalu pozwala każdemu odkryć go po swojemu. Każdy znajdzie coś dla siebie. I nawet największy laik może zakochać się w tej muzyce.
Każdy dzień Industrial Festu był inny, niepowtarzalny. Ubarwiający perspektywę postrzegania świata. Po wyjściu z koncertów doznawało się uczucia, jakby Wrocław, miasto, po którego ulicach zmierzamy do domów, żył swoim wewnętrznym życiem. Przez chodniki prześwitywały rury. Słychać było brzęczenie maszyn. Wszystko składało się na futurystyczny obraz postmodernistycznego miasta. Z dymiącymi kominami Metropolis gdzieś w tle. I nie wiem, czy tak było naprawdę, czy to tylko mój organizm wymęczony tym morderczym maratonem (części koncertowe kończyły się ok. 4 nad ranem) projektował ten obraz w mojej podświadomości…
Dag Von D. |